SPIRITUALIZED – And Nothing Hurt (Fat Possum Records)

Nie do końca wiadomo o co chodzi z tym tytułem – czy to nawiązanie do heroiny, czy też do śmierci lub innego końca? W końcu spiritus movens grupy, Jason Pierce, zapowiadał, że ten krążek może być ostatnim wydanym pod szyldem Spiritualized, a nawet ostatnim jego krążkiem w ogóle. Jeśli tak będzie, to lepszego zakończenia zaplanować sobie nie mógł.

Tytuł krążka, „And Nothing Hurt”, może też nawiązywać do faktu, że Pierce wreszcie… wyzdrowiał. Sesjom nagraniowym poprzednich krążków towarzyszyły medyczne komplikacje. Najpierw poważne zapalenie płuc (na tyle poważne, że artysta otarł się o śmierć; jego płuca wypełniły się płynem, a serce stanęło dwa razy) podczas nagrywania „Songs in A&E”, a kilka lat później WZW typu C podczas nagrywania „Sweet Heart Sweet Light”. Paradoksalnie, nowy album jest bardziej melancholijny i intymny niż poprzednie. Zapomnijcie o free jazzowych wstawkach czy rock’n’rollowej energii – tym razem Pierce postawił niemal w całości na heroinowe ballady. Oszczędne, przyjemne dla ucha i powoli płynące w euforyczno-sennej atmosferze.  Dwa lata temu w wywiadzie dla The Independent Pierce mówił, że nowy album będzie „co najmniej tak samo dobry jak Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space” . Otwierające płytę „A Perfect Miracle” zaczyna się nawiązaniem do „I Can’t Help Falling In Love” (skądś to znamy), a gdyby nie przełamanie w melodii wyśpiewywanej przez Pierce’a, można by pomyśleć, że to nieco przearanżowana tytułowa kompozycja z wydanego 21 lat temu albumu. Poza tym podobieństw jest jednak niewiele. „And Nothing Hurt” nie ma takiego rozmachu, nie jest muzyczną odyseją, łączącą w sobie przeróżne nastroje i gatunki muzyczne.S

Najmocniejsze punkty albumu? Zdecydowanie „Let’s Dance”, nie mające co prawda nic wspólnego z hitem Davida Bowiego, ale na swój sposób urocze, czy też stonesowe „Here It Comes (The Road) Let’s Go”. W zasadzie każdy numer to dobry materiał na hit – cała płyta wpada w ucho, co w połączeniu ze stonowaną atmosferą i specyficznym, lekko zblazowanym wokalem Pierce’a sprawia, że „And Nothing Hurt” słucha się ze wszech miar przyjemnie. Jeśli ktoś chce, może przebijać się przez kolejne warstwy krążka, wyszukiwać smaczków i analizować nagranie; równie dobrze można jednak odpalić płytę i odpłynąć. Jeśli to naprawdę ostatni album pana Spacemana to szkoda. Jest chłop w formie.

Paweł Drabarek

Pięć i pół