SPIRITUAL BEGGARS – Earth Blues (InsideOut Music)

Najsensowniejszym sposobem na zrecenzowanie „Earth Blues” byłoby znalezienie oddanego fana stoner rocka, podarowanie mu puli kilkuset złotych na płyty i obserwacja, gdzie – o ile w ogóle – na liście zakupów znajdzie się nowy album Spiritual Beggars… Jeśli ktoś ma te kilkaset złotych i wehikuł czasu, chętnie zaoferuję siebie sprzed dziesięciu lat jako chomika doświadczalnego. Ostatecznie jest to bardzo dobra płyta, zespół tradycyjnie spisał się na medal, ale czy gdyby nie magia nazwy i okazja do napisania recenzji, dokopałbym się do niej w zalewie innych bardzo dobrych płyt? Nie dam sobie za to włosów uciąć.

Były takie czasy, kiedy albumy Spiritual Beggars, w szczególności „Ad Astra” i „On Fire”, wałkowałem często i z ochotą. Były też takie, kiedy zupełnie straciłem zainteresowanie zespołem, mniej więcej po wymianie boskiego mikrofonisty JB na heavymetalowego wyjca o niezapamiętywalnym nazwisku. „Nic nie może przecież wiecznie trwać”, uznał Bartek apriorycznie zakładając, że to tyle jeśli chodzi o fajne czasy dla duchowego żebractwa, więc „Return to Zero” nie zaliczyła nawet jednej pełnej okrętki w odtwarzaczu. Grymaśna natura zblazowanego nerda kazałaby mi prawem serii olać „Earth Blues”, jednak odsłuchany z recenzenckiego obowiązku album okazał się całkiem sympatyczną podróżą sentymentalną. Nowy album Spiritual Beggars trzyma wysoki poziom poprzedników i z punktu siedzenia samego zespołu można uznać, że to kawał dobrej roboty. OK, wyjec nie jest godzien łysiny JB polerować, ale jego gillanowska, ciepła barwa głosu ma swój urok i, jak to się dyplomatycznie określa, „można ją polubić”. Jeśli to komuś nie przeszkadza, to „Earth Blues” trudno się czepiać o cokolwiek. Wiadomo, że transgresji i nowatorstwa tu nie znajdziemy, ale kompozycje, aranżacje, riffy są pierwsza klasa. W stosunku do mocnego, podmetalizowanego hardrocka z ery „Ad Astra” więcej tu wycieczek w lata 70., Hammondowych melodii, zapatrzenia w złote czasy Deep Purple. „Dreamer” brzmi jak odpowiedź na „When a Blind Man Cries”, „Sweet Magic Pain” cieszy quasi-klawikordowym wstępem, a „Too Old To Die Young” – zwrotkami napędzanymi rytmem wybijanym na bongosach. I praktycznie każdy kawałek to potencjalny koncertowy hit, choć znowu w wymiarze 50 minut trochę za dużo tej radości, jeżeli ktoś nie przelicza czasu trwania na cenę płyty i woli płyty krótkie, a konkretne.

Skoro to taki dobry materiał, to w czym problem? Tu znów przydałby się stonerowy maniak, który byłby w stanie określić, w którym momencie dociera się do takiego „bardzo solidnego” albumu jak „Earth Blues” przy założeniu, że po pierwsze – nie da się słuchać muzyki bez przerwy, nie mówiąc o naprawdę porządnym poznaniu wszystkich wartościowych albumów na świecie, a po drugie – w samych okołostonerowych klimatach jest tych mocnych strzałów całkiem sporo. Może taka „rynkowa” optyka jest nie fair w stosunku do naprawdę dobrej płyty i kapeli w swojej stylistyce czołowej, ale jakieś kryterium selekcji przyjąć trzeba. Gdybym żywił się wyłącznie takimi dźwiękami, piałbym nad nowym dziełem Spiritual Beggars jak kogut ze „Spiskowców Rozkoszy” Jana Svankmajera, stąd wszystkożerni fani powinni olać ten bełkot i kupić album w tej chwili. Preferując muzyczny płodozmian, traktuję „Earth Blues” jako przekąskę, do której pewnie chętnie wrócę, kiedy na pamięć nauczę się nowych wydawnictw Clutch, Ampacity, Octopussy, Kadaver, Monster Truck, o odkurzaniu żelaznych klasyków – także tych z dorobku Spiritual Beggars – nie wspominając.

Bartosz Cieślak

Cztery