SPASM – Pussy (De) Luxe  (Rotten Roll Records)

Miłośnikom lubieżnego rock’n’roll’a spod znaku mielonych kotletów Spasm przedstawiać nie trzeba. Czeskie komando jest jedną z bardziej rozpoznawalnych marek na szalonej grind scenie. Oczywiście, w tym miejscu wypadałoby napisać dlaczego, ale przez wrodzoną przyzwoitość wyjaśnienie ograniczę jedynie do zdania, że sceniczna prezencja Spasm praktycznie nie ma sobie równych. Powiecie, że to tylko cyrk rodem z psychiatryka? Może i tak, ale jeśli obok tego wariackiego performance stoi też dobra muzyka, warto czasem schować powagę do kieszeni nienoszonych spodni i łyknąć trochę luzu a tego przecież w muzyce Spasm nigdy nie brakowało…

Po czterech latach od ostatniej produkcji Spasm powraca prawdopodobnie najlepszym materiałem w swojej pełnej niesamowitych zwrotów akcji karierze. Oczywiście, od razu powiedzieć należy, że nie jest to płyta dla każdego. Jeśli w grindcore szukacie natchnionych tekstów o społecznych niesprawiedliwościach tego skurwiałego świata, nie jest to płyta dla Was. Spasm pisze proste piosenki. Dodam – piosenki o miłości. „Ladyboy Party”, „Suck My Dick!”, „Cock Fisting” czy „Hit Me, Hate Me, Rape Me, Kill Me” to tylko niektóre z natchnionych prawdziwie romantyczną myślą tytułów songów jakich nie wstydziłby się  najprawdziwszy trubadur… „Pussy (De) Luxxe” to rzecz skrajnie niepoprawna, więc jeśli waszą życiową dewizą jest bezkrytyczna walka o prawa kobiet, mężczyzn, drzew czy morskich świnek odpuście sobie to dzieło. Niespełna 24 minuty i 18 numerów. Tempo zabójcze, ale nikt chyba nie spodziewał się, że Spasm wzorem Pig Destroyer czy Agoraphobic Nosebleed zacznie nagrywać albumy sludge’owe? Choć może wszystko jeszcze przed nimi. Dziś Spasm atakuje nasz słuch bardzo konkretnym, punkowo/grindowym, przepraszam za słowo, wpierdolem w najlepszym gatunkowym stylu. Co zdecydowanie wpływa na wartość płyty to niezłe brzmienie; mocarne, pełne mięcha gitary to w grindcore wcale nie taka oczywistość. A tu proszę bardzo, mamy materiał, który ostro mknie do przodu, ale nie gubi po drodze kopyt kopiąc celnie przez cały czas.Spasm

Cóż można powiedzieć więcej… Z pewnością nie to jest produkcja, która przebije się w zalewie nowych tytułów co jest przekleństwem również tej sceny. A szkoda, bowiem takie bardziej luzackie ujęcie gore/grindu to rzecz, która może się podobać. Szczególnie jeśli skomponowana jest z wyczuciem a tego grupie odmówić nie można, przecież na scenie tej bawią się nie od dziś. „Pussy (De) Luxe” to pozycja wydawnicza, którą fanom grindu gorąco polecam. Zbliżające się święto miłości czyli walentynki to przecież doskonała okazja by obdarować swoją wybrankę/wybrańca świeżutkim egzemplarzem nowego dzieła Spasm… Może dzięki temu dzień ten będzie udany jak nigdy dotąd?

Wiesław Czajkowski

Pięć