SPACESLUG – Mountains&Reminiscence (BSFD)

Mijają dni, miesiące, mija rok! Prawdziwe życie mija nas o krok!” – jak śpiewał klasyk. Gówno prawda! Prawdziwe życie jest tu i teraz, i nie omija nas, tylko wdziera się przez wszystkie dostępne szczeliny. Mam dziwne wrażenie, że wrocławianie ze Spaceslug, podchodzą do życia w sposób bardzo podobny, do tego co napisałem. Innego wyjaśnienia na ich aktywność nie znajduję.

Chłopaki nie tracą czasu na zastanawianie się czy coś można, a czego nie należy w branży robić. Tłuką płytę za płytą, wydają dopieszczone producencko i graficznie krążki; słychać, że czerpią ogromną radość ze wspólnego muzykowania. Od premiery poprzedniego długograja „Time Travel Dilemma” minęło zaledwie siedem miesięcy. Wioślarz Bartosz Janik udzielił nam wywiadu, chłopaki grywali w zasadzie w całej Polsce, dzieląc normalne życie z pasją kosmicznych podróży. I wiecie co? Ta pasja i zaangażowanie w muzykowanie, wylewa się z głośników.

Nie chciałbym wyjść na osobę, która bezkrytycznie podchodzi do twórczości kapeli, ale w przypadku Spaceslug, zwyczajnie w świecie nie ma się do czego przyczepić! Począwszy od pierwszych, rozlanych akordów „Bemused And Gone”, na perkusyjnym wstępie a’la Jimmy Bower do osatniego utworu „Opposite The Sun” kończąc, ślimaki znów nie pozwalają nam zejść na ziemię. „Wszystko płynie!” – jak mawiał inny klasyk. I faktycznie, produkcyjnie jest czyściutko, przejrzyście, ale jednocześnie ciężko i przestrzennie – space/stoner/doom i trochę psychodelii w najlepszym wydaniu. W niespełna trzydziestu minutach muzyki, Janik, Rutka i Ziółkowski po raz kolejny udowodnili, że wyrastają na wielką nomen omen gwiazdę, rosnącej z dnia na dzień niezależnej sceny stonerowej.spaceslug fot. Marcin Pawłowski (Soulstone Gathering Warm Up Party 2017)

Chcąc być doskonałym w swoim fachu, nie należy zapominać rzecz jasna o mistrzach. Wrocławianie oddają swoisty hołd dla gigantów i klasyków z Black Sabbath w utworze „Space Sabbath” – wyobraźcie sobie, że gdyby nie różnica w tembrze głosu, śmiało można byłoby umieścić ten kawałek na którejś z płyt „ojców chrzestnych”. Riffowanie i brzmienie, które uzyskał Bartek to w zasadzie kalka Iommi’ego. No, ale jeśli czerpać inspiracje i pomysły, to tylko od najlepszych.

Jeszcze słówko o obrazach – za oprawę graficzną płyty, po raz kolejny odpowiadał Maciej Kamuda, który znów oddał charakter muzyki na niej zawartej w stu procentach. Jest jedna rzecz, która mnie zaskoczyła – płyta jakby urywa się w połowie. Zamykacz zwyczajnie znika, drastycznie wybudzając nas z kosmicznego snu, powodując bolesny upadek i zderzenie z rzeczywistością. Zabolało, bo chiałbym więcej niż dwa kwadranse…

Tom Wolf

Cztery