SOUNDGARDEN – King Animal (Seven Four Entertainment)

Zasadnicze pytanie, jakie należy sobie postawić w konfrontacji z zespołami nagrywającymi płyty po kilkunastoletniej przerwie brzmi „czego właściwie od nich oczekujemy?”. Najbardziej oczywista odpowiedź to „żeby tego nie robiły”, choć i tu nie ma reguły. Smutna prawidłowość jest taka, że nie ma co liczyć na cud, bo bohaterowie są zmęczeni. Indiana Jones jest grubo po sześćdziesiątce, Toma Araya łupie w krzyżu, Bogusław Linda reklamuje Geriavit a zespół Soundgarden, niby dogorywający Stegozaur, wycisnął z siebie płytę, która z miejsca wchodzi do kanonu rocka narkoleptycznego. W dodatku ozdobił ją okładką, której autor powinien mieć dożywotni zakaz korzystania z komputera.

Na szczęście za młody jestem na to, by pouczać kogokolwiek jak się starzeć z godnością. Niniejszy wywód pisany jest z perspektywy fana zawiedzionego, ale pogodzonego z rzeczywistością, a ta głosi, że transgresywne czasy „Ultramega OK”, „Louder Than Love” i „Badmotorfinger” już nie wrócą. Bledną nawet nastoletnie wspomnienia umiarkowanej podniety nad „Down On The Upside” i żalu po zespole, który odszedł, zanim się na dobre zaprzyjaźniliśmy. „King Animal” nie jest jednak godną rekompensatą za coraz gorsze albumy Audioslave czy kompromitującą karierę solową najzdolniejszej pociechy Timbalanda – Chrisa Cornella. Jest za to płytą dopracowaną pod względem technicznym, a przy tym mdłą, męczącą i pozbawioną twórczej iskry, która rozpalała zeppelinowy żar wokali Cornella czy genialne solówki Thayila. W uszy kłuje przede wszystkim bylejakość kompozycji, które sprawiają wrażenie, jakby zespół chciał na siłę dopchnąć materiał czym się da aż do magicznej granicy pięćdziesięciu minut. Słucham „King Animal” po raz wtóry próbując zawiesić ucho na którymkolwiek kawałku, a w głowie pozostają mi tylko pojedyncze patenty aranżacyjne, choćby partie gitary w „A Thousand Days Before”, gdzie Thayil eksponuje swoje przywiązanie do skal orientalnych. Doceniam ideę spójności klimatu i brak skłonności do ekshumowania zwłok grunge’u, ale brnięcie przez ten album jest nudne jak podróż samochodem przez Wielkopolskę. Rozbraja mnie przaśna melodia w „Taree” i nibysoulowy „Black Saturday”, kojarzący się z najgorszymi koszmarkami Audioslave. Nic po aranżacyjnych błyskotkach, kiedy utwory zioną starczą niemocą, a metoda twórcza przypomina obwieszanie okładkowego truchła bombkami i wmawianie dzieciom, że święta przyszły.

Bardzo chciałbym, by „King Animal” okazał się bombą z opóźnionym zapłonem, którą za kilka tygodni/miesięcy obwołam objawieniem i w te pędy odszczekam wszelkie pretensje. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, by ta płyta mogła przeskoczyć kompozytorską lekkość i bezpretensjonalność „Black Gives Way to Blue” Alice in Chains, tudzież radosną dekadencję tegorocznego wydawnictwa The Cult, by wskazać te zespoły, które idealnie odnalazły własne oblicze w nieciekawej sytuacji. Czytałem kiedyś, że fan Iron Maiden, niejaki Gary Dobson, obudził się ze śpiączki słuchając muzyki swojego ulubionego zespołu – mam wrażenie, że Soundgarden chce za pomocą „King Animal” wywołać u słuchaczy coś dokładnie odwrotnego. Nowa propozycja artystyczna zespołu to niestety niezbyt wiele ciekawej muzyki do słuchania z przyjemnością.

Bartosz Cieślak