SOMALI YACHT CLUB – The Sea (Robustfellow)

Nie wiem, jak wam, ale mi Ukraina niekoniecznie kojarzy się ze stoner rockiem. Niby nasi wschodni sąsiedzi mają solidnych kolesi ze Stoned Jesus, ale jedna jaskółka przecież wiosny nie czyni… „The Sea” zdaje się być jednak kolejnym albumem, który sugeruje, że rozległe naddnieprzańskie stepy mogą być równie inspirujące, co kalifornijska pustynia.

Somali Yacht Club jest zespołem o tyle ciekawym, że potrafi bardzo zgrabnie dryfować po przecież doskonale znanych wodach. Tytułowe morze oszczędza raczej sztormów, niemniej całkiem wysokie fale potrafią mimo wszystko dostarczyć niezłej rozrywki. Przede wszystkim Ukraińcy pełni są wyczucia, nie popadają zazwyczaj w dłużyzny (nawet jeśli niektóre utwory przekraczają spokojnie dziesięć minut), a przy tym – jak chociażby w „Blood Leaves a Trail” – z dużym wyczuciem podchodzą do melodii. „The Sea” rozciąga się od ciężkawych, niemal sludge metalowych brzegów po znacznie bardziej kolorowe rafy nawiązujące wyraźnie do hawkwindowego kunsztu. Bywa, że gdzieś obok tego wszystkiego nieśmiało przemyka post-rockowa nostalgia – tak, jak na przykład w „84 Days”. Zasadniczo jednak Somali Yacht Club mocno trzyma się psychodelicznego kursu, aczkolwiek niekoniecznie z azymutem na kwaśnego tripa. Chłopaki mają dużo czysto rockowego feelingu, dzięki czemu cały album płynie niezwykle naturalnie. To właśnie ten kompozycyjny zmysł zasługuje na pochwały, bo przecież wiadomo, że kręcić gałkami to w dzisiejszych czasach żadna sztuka. Nie, żeby „The Sea” brzmiała słabo – partie gitar są super, niby klarowne, ale jednak na tyle przyprószone żwirem, że czasem robi się niemal nieprzyjemnie. No, czyli tak, jak być powinno. Pewnym mankamentem są być może nieco miałkie partie wokalne, aczkolwiek i te potrafią obronić się, gdy zespół stawia na większą przebojowość i „radio-friendly” – a tak dzieje się chociażby w „Blood Leaves a Trail”. Generalnie jednak Somali Yacht Club jest na tyle fajnym i sprawnym zespołem instrumentalnym, że te pojawiające się wcale nie za często wokale nie są jakoś bardzo potrzebne. Bez nich Ukraińcy są w stanie płynąć co najmniej tak samo szybko i – przede wszystkim – efektownie.SYC

„The Sea” jest płytą, do której przyczepić się nie sposób, ale z drugiej strony daleki jestem też od nazywania Somali Yacht Club zbawcami psychodelii. Bez wątpienia jest to jednak zespół, które czuje się w tych wodach wyjątkowo naturalnie, choć nie zmienia ich biegu. Czy to jednak aż takie konieczne? No właśnie chyba nie, bo poza nielicznymi wyjątkami, „The Sea” to doprawdy bardzo dobry album, który powinien przypaść do gustu nie tylko zwolennikom bonga i Kyuss. Być może to po prostu muzyka… inteligentna? Tak, sądzę, że to dobre określenie. Chłopaki zdecydowanie wiedzą, jak pływać po morzu. W końcu to ich własny akwen, co nie?

Michał Fryga

Cztery