SOLEFALD – Kosmopolis Sud (Napalm Records)

Płynie sobie ten kociokwik dźwięków, a ja dumam czy tak wolno, czy tak być powinno. Jako osoba, która słabo zna się na żartach i nigdy żadnego nie opowiedziała, staram się przesadnie nie nadymać za żarty ze mnie, ale ktoś tu naprawdę robi mnie w balona, chcąc jeszcze za to jakieś pieniądze. Że niby co? „Pamiętamy, ale wybaczamy”, bo „girls just want to have fun”?

Nie żebym był szczególnie zaskoczony nową propozycją szalonej dwójki Norwegów, dla których szaleństwo to zwyczajność, a zwyczajność to niebyt. Dziwi mnie jednak, że Solefald bardziej niż kiedykolwiek dostrzega jakiś sens w byciu tak frywolnym, niepoukładanym, jakby niedbałym o końcowy efekt dzieła. Owszem, w cyrku Solefald black metalowiec może rapować o Coco Chanel i islandzkiej mitologii, ale do tej pory robił to z wyczuciem i smakiem. Także na wydanym pięć lat temu „Norrøn livskunst” Solefald nieco baczniej pilnował, by ogary, które zawsze szły w las, prezentowały się zgrabnie. Tym razem nikt jednak nie patrzył na psi rodowód, więc biegi zdominowała populacja sympatycznych kundelków, nie znających ani zapachu kagańca, ani smaku dworskiej karmy. Czy taka jest cena psiej wolności?

Pomimo wykonawczej sprawności zespołu, podejście do kwestii utrzymania równości i spójności albumu przypomina postawę The Meads of Asphodel, którego zupełnie nie interesuje co brzmi dobrze, a bardziej to na co dzisiaj ma ochotę. Nie wiem czy „Kosmopolis Sud” to wynik wewnętrznej, prawdziwie nieskrępowanej potrzeby wyrazu, wybujałego nonkonformizmu czy sztucznej kreacji obliczonej na bardzo konkretny efekt. Najważniejsze, że zespół bawi się ze sobą dobrze. Lars i Cornelius umyślili sobie, że motto „wolnoć Tomku w swoim domku” ważniejsze jest niźli wszystko, z muzyką włącznie i na czele. Że pożądanym wyzwaniem jest umieszczenie w utworze niepasujących do siebie elementów, z których stworzy się nową jakość. Usłyszymy więc niedźwiedzi wokal w stylu wspomnianego wyżej Metatron’a z The Meads i deklamowanie po francusku na modłę Alana Bashung’a, psujące miłą atmosferę niczym Hiszpańska Inkwizycja, Której Nikt Się Nie Spodziewał. Dobije Was połączenie karaibskich rytmów z ogranym metalem i scatowanie w wykonaniu przedstawiciela rasy drobiowej. Ciśnie się na usta zwrot „przerost formy nad treścią”, lecz tutaj to zabawa formą stanowi esencję …treści. Solefald Band

Cienka jest granica między uznaniem „Kosmopolis” za fajny, zwariowany album, który należałoby promować, a stwierdzeniem, że jest to muzyka, która dziś nie angażuje „dorosłego” słuchacza. Nasuwa się bez związku z tym pytanie: skoro nikt z nas jako dziecko nie chciał być klaunem, to kim jest ten przebrany facet w śmierdzącym potem zwierząt namiocie? Musi być to jakiś rodzaj niezrozumiałego dla mnie powołania, więc uszanuję to co robi. Wspaniałomyślnie ma się rozumieć, bo zamiast pozwolić mi napawać się niegdysiejszą wielkością „White Frost Queen”, wyciąga się mnie do tańca przy dźwiękach „L’ombelico del mondo”.

Kuba Kolan

Trzy