SO SLOW – 3T (Unquiet Records)

Mówi się, że trzeci album jest prawdziwą próbą charakteru dla każdego nieźle debiutującego zespołu. Pierwszy dobrze przyjęty krążek, drugi – siłą rozpędu – najczęściej utrzymany w podobnym tonie i stylistyce. Przy okazji trzeciej płyty staje się natomiast przed dość trudnym wyborem – bezpiecznie osiąść na laurach i zbudować przyczółek na pewnych, sprawdzonych patentach, czy też unikać jak ognia oskarżeń o zjadanie własnego ogona i z dużą dozą ryzyka eksplorować nowe nisze. So Slow tego rodzaju dylematy zdają się nie  dotyczyć. Grupa – po słusznie wychwalanym „Dharavi” – już na „Nomads” wyruszyła w nieznane. Mało kto spodziewał się jednak, że kolejny, enigmatycznie zatytułowany album „3T” będzie aż tak odważnym, wręcz zachłannym krokiem w nieznane.

Otwierający album „Tranz I JJ” jest najbliższy temu, co znamy z „Dharavi” i „Nomads”, aczkolwiek z drugiej strony chyba nigdy wcześniej So Slow nie grało tak wściekle i agresywnie. Pasja, z jaką Michał Głowacki wykrzykuje kolejne słowa pełnego wkurwienia manifestu współgra z ciężarem gitar i syntezatorowym hałasem, który jest równie ważny co odpowiednio przesterowane riffy. Tak jest na początku i na końcu utworu. Trzon stanowi jednak wpleciona między wybuchy wściekłości zespołowa improwizacja, dająca rozeznanie, czego możemy się spodziewać po kolejnych transach.

„Tranz II Tryboluminescencja” jest już utworem całkowicie zaskakującym. So Slow plecie wokół prostego, pulsującego bitu kolejną, dziwną opowieść – czy to za sprawą delikatnych, rozmytych gitarowych plam, czy też muskając całość oszczędną elektroniką. Oscyluje to gdzieś w okolicach minimal techno, jednak miast stawiać na przysłowiowe pierdolnięcie, więcej jest budowania mrocznego, pełnego tajemnicy klimatu. Podobnie dzieje się w „Tranz III Ucisk/Uścisk” – z tą różnicą, że techno zastąpione zostaje wariacją na temat mrocznego jazzu. Może to nasuwać pewne skojarzenia nawet i z grupami pokroju Bohren & der Club of Gore, może lekkie echa Bristolu, jednak w pierwszej kolejności moje myśli powędrowały w kierunku innych polskich grup, stojących na styku improwizacji i rocka – czyt. Lotto czy Lonker See. Nie zarzucałbym jednak So Slow prób wypłynięcia na fali „popularności” tego rodzaju muzyki. Jak wspominałem, pierwsze wyraźne wycieczki w stronę luźniejszej formy zespół przejawiał już na „Nomads”. „3T” jest tylko – choć właściwszym byłoby określenie aż – krokiem w stronę jeszcze większej swobody wypowiedzi, ograniczonej właściwie już tylko przez głowy muzyków, a nie przez sztywne konstrukcje kompozycji czy ramy gatunkowe. Warto przy tym zaznaczyć, iż grupa nie odcina się całkowicie od „starego” So Slow; wciąż słychać, że to ci sami ludzie i ta sama wrażliwość, a zmianie uległa przede wszystkim forma – głównie poprzez jej wyzbycie.SS

Za sprawą „3T” So Slow powinni stanąć w jednym szeregu z wychwalanymi w zeszłym roku Lonker See, Lotto czy ARRM, wyróżniając się jednak na ich tle odważniejszym wykorzystaniem możliwości, jakie daje muzyka elektroniczna, z której czerpią nie tylko poprzez stosowanie syntezatorów czy samplerów, ale sięgając także po charakterystyczną motorykę czy nieograniczoną strukturę kompozycyjną. Nie chcę zapeszać, ale o tej płycie będzie się mówiło w 2017.

Michał Fryga

Zdjęcie: Janek Fronczak

Pięć