ŚLINA – 36′ 28’’ (Kilogram Records)

Jest takie określenie „ślinotok”, które może sugerować jakiś negatywny komentarz do płyty wrocławskiego kwartetu Ślina, niestety, nic z tego. Chodzi mi bardziej o to, że słówko to wpisuje się w taki strumień świadomości, wylewający się z tej ciekawej płyty. Nazwa zaskakująca, płyta, a w zasadzie jeden 36-minutowy utwór podobnie, więc… i ślinotok się w to wpisuje. Interpretujcie jak chcecie. Wrocławski kwartet ma coś ciekawego do powiedzenia, pomysł na siebie i wszystko wskazuje na to że pozostanie z nami na dłużej, co daje nadzieję na kolejne, jeszcze lepsze dzieła. 

Przyznam, że zespół jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, ale miniony rok był dla mnie pod tym względem symptomatyczny, dlatego nie zamierzam się specjalnie tłumaczyć. Debiutancki album to faktycznie jedna, 36 -minutowa wypowiedź, która wpasowuje się wręcz idealnie w cały ten alternatywny nurt jazzowo – improwizacyjny. Być może zaskoczeniem jest jedynie forma, bo dawno w tej niszy – a może w ogóle – nie było zespołu, który porwałby się na jedno-utworową koncepcję albumu. Wytwarzać napięcie przez 36 minut to duża sztuka; jeśli przyjąć, że ludzka uwaga, wg. naukowców, może być utrzymana maksymalnie przez 15 minut, zespół musi dokładać wszelkich starań by przykuć słuchacza do fotela/słuchawek i czego tam jeszcze. Udało się?Ślina

W zasadzie tak, choć trzeba też od razu zaznaczyć, że to płyta dla wyrobionego odbiorcy, który jest świadomy dźwięków, z jakimi przyjdzie mu się zmierzyć. Z jednej strony tak jest, z drugiej – zespół ma na szczęście duży zmysł tak melodyczny jak i dramaturgiczny i faktycznie, płyta wciąga, poprzez fajne budowanie nastroju i mądrego podania opowieści. W zasadzie pierwsze paręnaście minut to zabawa brzmieniami, budowanie fundamentu, raczej na podskórnym transie i napięciu generowanym przez przestrzeń niż na konkretnych dźwiękach. Z biegiem czasu zespół zaczyna zagęszczać ruchy, powoli wyłania się zarys konstrukcyjny, do głosu dochodzi wyraźniejszy rytm, no i oczywiście saksofon. Jednocześnie Ślina unika oczywistych rozwiązań i jest w tym bardzo indywidualna. Do tego stopnia, że nie jestem w stanie określić jaka jest ta muzyka. Poza tym, że swobodna, meandrująca i mocno eksperymentalna. Że jest to rodzaj improwizacji, prowadzonej „po swojemu” i ten własny patent ma tu bardzo duże znaczenie. No i jest to wymagająca płyta, bo trzeba się trochę poświęcić, wejść w świat Śliny, zrozumieć intencje, słowem – przeżyć „wkrętkę”. I tu pojawia się jedyny chyba problem, który już zasygnalizowałem – to nie jest muzyka dla każdego, nie jest to rozrywka, a raczej coś w rodzaju wyzwania intelektualnego, które nie dla każdego będzie komfortowe. Co jest akurat jednocześnie zaletą, bo nie lubię – i tu wtręt osobisty – płyt „jednorazowych” a raczej takie, o które muszę powalczyć. I akurat 36′ 28” pozostanie ze mną na dłużej.

Arek Lerch 

Pięć