SLAYER – Repentless (Nuclear Blast)

Slayer przestał być wielki w ten sam sposób, jak „skończyły się” wszystkie wielkie kapele tego świata. Kilka płyt nagranych za młodu dały dożywotnie papu i miejsce, z którego można przez kolejne 30 lat zarządzać swoim muzyczno-podobnym biznesem. Nie mam pretensji do Slayera. Że bez Hannemana, że z Holtem, że King, że Kerry i King. Powolna degradacja czeka nas wszystkich. Ucieczką ku wiecznej chwale jest tylko szybka śmierć u szczytu życia, z czego mogli zdawać sobie sprawę Kurt Cobain czy Peter Steele przed nawróceniem. I tylko ona uwolniłaby Slayera od tego czym jest teraz.

Nigdy nie szalałem za Slayerem, który na przełomie lat 80 i 90 wizerunkowo symbolizował dla mnie polskie metalowe zapyzialstwo, będąc papierkiem lakmusowym tego czy jesteś wporzo czy tylko załapałeś się na metalową modę. Doceniałem jednak ten absolutnie własny styl zespołu i wielką muzyczną skuteczność. Coś nieprzeniknionego kryło się wtedy za dźwiękami „Seasons In The Abyss” pomimo – wydawałoby się – tylko prosto ukierunkowanej wściekłości. Slayer nie miał pomysłu na metal – był jego synonimem. To, co stało się później, nie było niczym nadzwyczajnym. Wyczerpanie dotychczasowej formuły, poszerzenie jej o elementy nowoczesne, te mniej mechaniczne a bardziej bujające, nie przyniosło zespołowi chwały, ale umożliwiło godne odcinanie kuponów i nagranie kilku przyzwoitych płyt, które bardziej nie chcąc, niż chcąc, nie stanowiły kalki „Reign In Blood”. „Christ Illusion” pokazywał, że Slayer skończył się, ale to konające zwierzę ciągle stanowiło atrakcję dla patologów. Co zaskakujące, „World Painted Blood” odwrócił trend w stronę szybkich, krótkich i thrashowych kompozycji, przy których nóżka wreszcie chodziła jak trzeba.

Slayer band

„Repentless”… Przecież wiecie co jest grane. Jaki ten nowy album by nie był, i tak do usranej śmierci przyjemniej będzie powspominać stare, dobre czasy, niż sprawdzać w jakim stopniu rozkładu znajduje się trędowaty. Zespół stał się z czasem niewolnikiem swojego staro-nowego stylu, a teraz na domiar złego ofiarą ograniczeń kompozytorskich (czytaj: stylu) Kerry’ego Kinga. Dobrowolnie i posłusznie „Repentless” powtarza te riffy, które słyszeliście już wiele razy, pozbierane z kilku ostatnich płyt. Część przeciętna, część gorsza, wtórna, posklejana częstokrotnie na siłę. Z pewnością moją optykę tej płyty determinuje w jakimś stopniu brak Jeffa Hanneman’a, ale są rzeczy, które organicznie doprowadzają mnie do irytacji, jak na przykład melodyczna wymowa riffów. Podczas gdy na poprzedniku zespół skupił się na konsekwentnym parciu do przodu kosztem melodii, tak tutaj lata ’90 atakują, informując, że od tych kilku posępnych dźwięków zaklętych w riffie musi zależeć czyjeś życie. Ta „nowoczesna archaiczność”, próbująca być bardzo na serio, krępuje mnie prawie tak bardzo, jak te na wpół akustyczne, bardzo „ważne” intra, które nie mają nic wspólnego z właściwą częścią utworu. Cóż z tego, że Paul Bostaph gra tu (jak i wszędzie) niesamowicie? Że głos Toma Araya’i jest jak zwykle dobrze ustawiony. Nie ma tu żadnego utworu, który mógłby konkurować z takim mocnym średniakiem jak „Human Strain” – świetnie poukładanym, płynnym, opatrzonym oryginalną, nienachalną melodyką. „Repentless” to najsłabsze i najnudniejsze wcielenie Slayera jakie mogę sobie na dzień dzisiejszy wyobrazić, z tanim patosem w wolnych fragmentach i pustą sieczką w szybkich, czyli tym, co paradoksalnie uczyniło Slayer legendą.

Niewykluczone, że zbyt dużo wymagam(y) od Slayera. Bez względu na to co przeszłe i teraźniejsze, zespół ma prawo istnieć i nagrywać płyty takie jakie chce lub co bardziej prawdopodobne – takie jakie jest w stanie nagrywać, zdziesiątkowany przez jednego pająka i parę kropli alkoholu. Niech mu więc powietrze w tlen bogate będzie. Co będę umierającemu surowca żałował.

Kuba Kolan

Zdjęcie: mat. zespołu

Dwa i pół