SLAVOMIR MARIA NIETUPSKI – The Hebephrenic Flashback (wyd. własne)

Tym razem trafiło mi się wydawnictwo dość nietypowe, ale nie będę pisał o „twardym orzechu do zgryzienia” czy „recenzenckim wyzwaniu”, bo nie ma powodu aby popadać w przesadę. Chcąc nie chcąc będziemy jednak musieli na chwilę opuścić znane nam, „metalowe” terytorium i zamieszkujących je kudłaczy, aby wkroczyć do świata, w którym słowo „artysta” niekoniecznie kojarzyć się musi z żabotami i różowym kolorem.

Uczciwie rzecz ujmując bliżej mi jest do knajpy niż do galerii sztuki i czuję się z tym całkiem dobrze, ale na potrzeby tej recenzji postaram się zapomnieć na moment o złych nawykach.

„The Hebephrenic Flashback” jest w założeniu ilustracją dźwiękową do wystawy prac Slavomira (którego pozwolę sobie w dalszej części tej recenzji tytułować po prostu Sławkiem), pod nazwą „Hebefreniczne Retrospekcje” (czyli ten sam tytuł, ale w mowie ojczystej). Fanom muzyki metalowej Sławek znany jest zapewne z udziału w takich zespołach jak Northland, Hesperus Dimension czy Pagan Forest, jednak muzyka zawarta na „The Hebephrenic Flashback” niewiele ma z metalem wspólnego. Jedynie utwór „Mother Death” zawiera „znajome” motywy kojarzące się z Thorns czy 1349. Na upartego można się też w tej muzyce doszukać pewnych cech wspólnych z Hesperus Dimension, ale główną inspiracją wydaje się być w tym przypadku twórczość zespołów z szeroko pojętej szufladki dark ambient (z naciskiem na wytwórnię Cold Meat Industry), wzbogacona o elementy muzyki filmowej czy nawet pewne echa Dead Can Dance. Jest to więc muzyka „eksperymentalna” gryziona od nieco „metalowej” strony, czyli wydarta z rejonów, przez które zazwyczaj przedzierają się na jej pola fani metalu. I wszystko tutaj rysowane jest dość grubą kreską, więc miłośnicy subtelnych plam dźwiękowych i oszczędnego stylu Lustmord i innych tytanów takiej muzyki niekoniecznie znajdą tu coś dla siebie. Nie oznacza to, że „The Hebephrenic Flashback” nie może podziałać na wyobraźnię, ale robi to raczej w sposób bezpośredni niż za pomocą delikatnej sugestii i niedopowiedzenia.

Byłbym więc ostrożny w rekomendowaniu tej muzyki ludziom związanym na co dzień z ambientem czy (post)industrialem, ale jako ilustracja do grafik Sławka spełnia ona swoją rolę bardzo dobrze. Przyznaję, że nie jestem zwolennikiem takiej estetyki wizualnej (nie pomogą nawet kobiece piersi wydające się być motywem przewodnim tych prac) i większość jego dzieł do mnie nie przemawia, ale takie połączenie dźwięku z obrazem ma „ręce i nogi” (choć podejrzewam, że w największym stopniu trafiłoby to do osób odnajdujących jakiegoś rodzaju emocje w pracach Setha Siro czy Niklasa Sundina). Zatem, o ile komunikat prezentowany przez Sławka wydaje mi się dość czytelny, o tyle dość trudno mi jest znaleźć wspólną płaszczyznę z tym, co próbuje on przekazać. Paradoksalnie jest to dla mnie łatwiejsze na poziomie dźwięku i w tym względzie muszę przyznać, że opisywana tutaj muzyka działa na mnie bardziej niż wspomniane wyżej prace. Plusem „The Hebephrenic Flashback” jest też na pewno to, że czas trwania żadnego z utworów nie przekracza trzech minut i jest ich zaledwie sześć, dzięki czemu nie mamy do czynienia z zamęczaniem słuchacza, jak to często bywa w przypadku tego rodzaju twórczości.

Nie wiem czy powinienem tym razem wystawiać tradycyjną ocenę, bo przy dźwiękach tak abstrakcyjnych będzie ona nawet bardziej niż zazwyczaj subiektywna. Ortodoksyjny fan metalu powiedziałby, że to „same intra”, a ktoś inny, że to nawet nie jest muzyka w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. I zapewne bardziej miarodajna byłaby recenzja w periodyku związanym głównie z tego rodzaju estetyką. Nie mam jednak w zwyczaju przyjmować asekuranckiej postawy, więc ocena poniżej, a każdy kto ma ochotę niech ją weryfikuje na własną rękę.

Michał Spryszak

Trzy i pół