SINSAENUM – Repulsion for Humanity (earMUSIC)

Jednym z najżałośniejszych zjawisk we współczesnym (czyli liczonym tak dwie dekady wstecz) metalu ekstremalnym są tzw. supergrupy. O ile aspirujący bieda-kopiści bywają pociesznie nieudolni, to gwiazdy rocka spieniężające swoją sławę w jakimś pretekstowym projekcie są zwyczajnie, szaro-buro-bezbarwnie smutne. Pożal się Boże superprojekt Sinsaenum jest kolejnym wykalkulowanym skokiem na kasę fanów, którzy zamiast dobrej muzyki szukają nazwisk kojarzących im się z tym, jak fajnie było w liceum.

W natłoku nowej muzyki i jej powszechnej dostępności oko wyławia to, co już zna. To normalne. Nie ma nic dziwnego w tym, że kogoś zaciekawi jak absurdalny może być projekt, w którym spotkali się ludzie z Dragonforce, Slipknot, Chimaira i Mayhem. Dziwne jest to, że ktoś naprawdę wierzy, że taki projekt będzie sumą/iloczynem „wspaniałości” tych zespołów, że ktoś wciąż się na takie kibicowskie farmazony nabiera. Sinsaenum ocieka cwaniactwem i pół biedy, gdyby dało się tego bez bólu słuchać, gdyby stała za tym choćby iskra czegoś więcej niż fachowego, nudnego produkcyjniaka wabiącego gawiedź jak muchy. Niestety, w tym smutnym groove/deathmetalowym pomiocie późnego Kataklysm i Decapitated słychać głównie brzęk monet i szelest pocierania palca wskazującego o kciuk. Naprawdę, nawet jeśli lubi się takie komercyjne granie i marzy się o death/blackmetalowym Frontside, to nawet płyty dołączane do Thrash’em All zawierały więcej rasowej, nadającej się do słuchania muzyki. No, ale nie miały nazwisk Joeya Jordisona ani Attlli Csihara, które można wytłuścić na naklejce zakrywającej pół okładki. Nie było gęb, które otwierają drzwi do serc fanów i zasięgów na fejsiku. A czy płyta jest dobra, no jak ma nie być z takimi artystami…S

Oczywiście, nie wzburzam się tu o nic nowego. Sinsaenum nie jest pierwszym ani ostatnim przykładem żerowania na lenistwie fanów, którym cholesterol spożywanej latami metalowej tandety zapchał żyły gustu. Jest za to projektem przeraźliwie słabym i autentycznie dziwię się, że znajduje jakichkolwiek słuchaczy i że ktokolwiek idzie na koncert po coś więcej niż tylko zobaczyć „znane twarze”. A może Homo Wackenus naprawdę ma gdzieś muzykę i zadowala się blaskiem kilku gwiazd na jednej scenie, co by tam z niej nie hałasowało?

Bartosz Cieślak

Jeden