SINGAPORE SLING – Psych Fuck (Fuzz Club)

Z czym kojarzy się Wam Islandia? Pewnie z czystym powietrzem, rybami i gorącymi źródłami. Maniakom muzyki powie coś nazwa Panos From Comodo, którzy znani są ze współpracy z 3MoonBoys, zaś szersze grono – przynajmniej tych starszych słuchaczy – uśmiechnie się na dźwięk nazwy The Sugarcubes – pod koniec lat 80. całkiem popularnej grupy, dowodzonej przez charyzmatyczną Björk. Z sentymentem wspominam wywiady, kiedy jeszcze jako mało znana wokalistka wspomnianego zespołu, opowiadała, że w rodzimym mieście może poruszać się na bosaka. Cóż, te czasy już pewnie nie wrócą, ale jeśli chodzi o Islandię, zawsze coś ciekawego można tam znaleźć.

Np. Singapore Sling, choć to raczej tylko moje odkrycie, bo zespół zadebiutował w… 2000 roku i ma na koncie osiem płyt, z których najnowsza, tu opisywana, niedługo będzie promowana koncertem w Polsce. Czas zatem przyjrzeć się tej produkcji, co wcale nie jest łatwe, bo jeśli ktoś oczekuje prostej, rockowej piosenki, może mieć lekki problem. Moim głównym zgryzem jest to, że płyta powstawała jako projekt w syntetycznych, studyjnych warunkach (w sumie, jedynym stałym członkiem zespołu jest Henrik Björnsson…) i to właśnie eksperymenty z brzmieniem, zastosowanie elektroniki i sztucznych bitów zdominowały muzykę na „Psych Fuck”. I tu ciekawy paradoks: zazwyczaj tworzone na komputerze utwory są adaptowane na pełne instrumentarium, a w przypadku tej płyty mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – hałaśliwe, nieco melancholijne piosenki są przełożone na język maszyn. Choć oczywiście, to tylko moja impresja – na ręce nikomu nie patrzyłem.SS band

W praktyce wygląda to tak – multum odniesień do przeszłości, w szczególności do najlepszych czasów shoegaze’u, nowofalowe zimno, post punkowa, oszczędna rytmika i dbałość o aranżacyjną zwięzłość, momentami posuniętą wręcz do kraftwerk’owego minimalizmu. A wszystko z naciskiem na efektowne wykończenie. W każdym bądź razie, słuchając tych piosenek czuję diabelski zamysł, prowokujący do wyobrażania sobie tych utworów podczas koncertowej prezentacji. Będzie ciekawie, bo możliwości jest bardzo dużo. Piosenki na „Psych Fuck” można podzielić na dwie części. Pierwsza to oczywiście syntetyki – brzmiący niczym katarynka „Dive In”, mechanicznym pulsem napędza smętny klimat, „ÆJL” swoimi pogłosami i post punkową zawziętością przypomina mi najlepsze monety „Nowej Aleksandrii”. Bity zespół zerżnął gdzieś z okolic „Automatic” The Jesus And Mary Chain, zresztą, cień braci Reid kładzie się na płycie w wielu miejscach, że przytoczę chociażby „Na Na Now”, otwarty monstrualnym uderzeniem w bębny „Glitter” czy „Dying Alive” z fajnym, prawie – melodyjnym refrenem. Druga pula kompozycji to utwory, gdzie ograniczono elektronikę na rzecz bardziej naturalnych instrumentów, tu wskazać można na oszczędny, kojarzący mi się nie wiem czemu z Nowym Jorkiem „The Underground” (ok., dodajmy „Velvet” i będzie jasne – duch Lou Reeda też gdzieś tu się pałęta…). Podobnie wygląda prosta piosenka „Give Me Some Other”, która może wręcz razić pewną trywialnością, choć może właśnie o taki efekt chodziło. Odbieram mkuzykę jako swego rodzaju grę, jaką zespół prowadzi ze słuchaczem, drażniąc pewnymi zapożyczeniami, to znowu dając nadzieję na wielkie finały, a kończąc złośliwie monotonnymi, powtarzanymi w kółko, mechanicznymi pętlami. W sumie nie wiadomo, czy lubić płytę, czy nie, ale mam wrażenie, że dopiero na żywo ta muzyka rozkwitnie.
Nie chcę w tym miejscu narzekać, bo ta swoista zabawa, którą proponuje na „Psych Fuck” Singapore Sling, kojarzy mi się z przewrotnością, z jaką do muzyki podchodzili chociażby ich pobratymcy The Sugarcubes. I w zasadzie o to chodzi – zamiast schlebiać gustom, proponując coś, co mogłoby wydawać się oczywiste, Henrik Björnsson bawi się dźwiękami niczym mały chłopiec, układając z nich ciekawą mozaikę. Nie każdego musi przekonać, ale stanowi swoisty szkicownik, zapis pomysłów, które dopiero mają ewoluować. A najciekawsze jest to, że do końca nie wiadomo w jaką stronę…

Arek Lerch

Pięć