SIGIHL – Trauermarsche (Arachnophobia Records)

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad tym czy dzisiaj w roku 2014 a właściwie już praktycznie 2015 ciągle ma sens określanie muzyki metalowej mianem ekstremalnej. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej upewniam się, że metal jako taki jest dziś bardziej śmieszny niż w rzeczywisty sposób ekstremalny i szokujący. Metalowa menażeria dawno upodobniła się bowiem do tego co dzieje się w tak znienawidzonym przez fanów „ciężkiego grania” świecie muzyki popularnej. Czy jest jeszcze ktoś o względnie zdrowych zmysłach, kogo szokuje odpustowy satanizm metalowych gwiazdek? Wizerunkowo gatunek ten dawno zatracił pierwiastek ekstremizmu. Może w temacie głoszonych idei sprawa wygląda bardziej pikantnie? Otóż metalowcy zeszmacili już chyba wszystkie, możliwe poglądy jakie głosić można i w większości przypadków sprowadzili je do rangi zwykłego cyrku. Dlatego od kilku lat bardzo chętnie zwiedzam tereny pogranicza, na których ciągle trafić można na twory autentyczne i radykalne do bólu. W taki właśnie sposób trafiłem na Sigihl i… jestem w kropce.

Pierwsze info o tym, że Sigihl pracuje nad „Trauermarsche…” dotarło do mnie jakiś czas temu lecz już na początku zdecydowałem, że nie będę się rozdrabniał, słuchając pojedynczych numerów jakie zespół lub wydawca umieści w sieci i grzecznie zaczekam na pełen kieliszek tfu! … materiał. Gdy otrzymałem całość muzyki jeszcze przed premierą krążka, już po pierwszym odsłuchu zaliczyłem lekki szok. Nie spodziewałem się, że ktoś może pokusić się dziś o wydanie na świat płyty tak nieprzeciętnie oryginalnej. Oczywiście, jestem świadom tego, że zaraz odezwać się mogą internetowi wojowie i wytknąć mi, że przecież Sigihl śmierdzi tym czy innym zespołem. Pewnie tak jest lecz jako całość materiał przemawia do mnie w sposób wyjątkowy.

W tym miejscu wypadałoby nakreślić ramy stylu jaki za wykładnię swojej twórczości obrał Sigihl, choć to zadanie prawie niewykonalne. Zespół w teorii łączy dość wyraźnie kilka gatunkowych nisz, ale robi to w taki sposób, że granice zacierają się i zostaje tylko potężny monolit. Być może nie głównym, ale jednym z fundamentalnych wpływów jest tu black metal. Obłąkany, brudny i chory. Może nawet bardziej niż na poziomie stricte muzycznym czarny metal emanuje z atmosfery tego krążka. Po drugie – jazz i niszczący psychikę saksofon. Krok odważny a dla przeciętnego, zakutego w pancerz metalowego łba z pewnością nie do przełknięcia. Brzmienie tego instrumentu nadaje płycie bardzo schizofrenicznego klimatu i paradoksalnie, właśnie dzięki niemu poziom posępnego upodlenia osiąga stężenie wręcz zawrotne. Dodajmy do tego pomysły ocierające się o kosmiczno-grobowe drony i obleśne, sludge’owe brzmienie, które poziomem surowicy zaskoczyć może niejednego zawodnika a pojawi się pytanie – czy da się złączyć tak dziwne elementy w jeden muzyczny obraz?Sigihl Band

Sigihl podołał temu zadaniu i stworzył płytę prawdziwie ekstremalną i trudną. Materiał przesiąknięty transem i upiorną melancholią (Tak! Słyszę tu cholerną melancholię!), który nie daje się łatwo sklasyfikować i kaleczy nie gorzej niż zardzewiała żyletka, którą skończyć możemy nasze marne życie. Jeśli black metalowe pogranicze ma wyglądać tak jak debiutancki krążek Sigihl to nastały dobre czasy dla wielbicieli muzyki. „Trauermarsche…” to hałaśliwa kakofonia zgrzytów, dronów i wrzaskliwych wokali zestawiona z balansującą na skraju doom/sludge sekcją rytmiczną i grobowo-black metalową atmosferą. W moim odczuciu jest to płyta arcyciekawa, której transowy puls porwał mnie bez reszty już po pierwszym dniu obcowania. Zdaję sobie sprawę, że trudno z czystym sumieniem polecić ten album komukolwiek. Dlaczego? Otóż zakochać się w tej płycie to jak przynieść do domu świeżo wykopanego trupa; dla wielu odbiorców będzie to zdecydowanie o jeden most za daleko. Nie mniej uważam, że to co dzieje się na debiutanckiej płycie Sigihl warte jest waszej uwagi i przynajmniej tego by choć raz przesłuchać ten autentycznie ekstremalny materiał. Osobiście będę wracał do tej płyty jeszcze niejeden raz a unoszący się wokół smród zwłok wcale mi nie przeszkadza…

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół