SHINING – Live Blackjazz (Indie Recordings)

Nie pamiętam, czy pisałem o płycie “Blackjazz” na łamach Violence a nie chce mi się tego sprawdzać, bom gnuśny. Jeśli tak, to dobrze, jeśli nie to… też dobrze, bo dzisiaj z perspektywy mógłbym napisać bardziej obiektywnie i spokojnie. Dość, że Shining, norweski – dla przypomnienia, stworzył dzieło przełamujące wszystkie granice, łamiące karki i łączące w sobie jazzowy kaprys i black metalową wściekłość. Niemożliwe? A jednak…


Sami muzycy są przekonani o wielkopomności swojego dzieła, skoro koncertowy album ochrzcili ponownie tytułem ostatniego, studyjnego dzieła. Cóż się zresztą dziwić. Na koncercie siła, precyzja i szaleństwo Norwegów wybuchają z nową mocą, niszcząc komórki i wprowadzając w obłędny trans. Połączenie pijanych improwizacji gwałconego saksofonu (nie będę przywoływał moich ulubionych awangardystów, bo ktoś powie – znowu!!), przetworzone gitary i zalewający wszystko, samplerowy, nihilistyczny zgiełk momentami doprowadzają do dezorientacji. Nie wiem, jak odbierana może być ta muzyka w warunkach koncertowych, nie mogłem tego sprawdzić, jednak reakcje publiczności są jak najlepsze. Całość spinana jest oczywiście zdyscyplinowanym bębnieniem Torsteina, który także momentami daje się porwać, grając rzeczy mało normalne i wyraźnie opętane. Jednak gwoździem programu jest oczywiście Jørgen Munkeby, którego wyczyny to już esencja metalowo – jazzowej awangardy. Tak sobie nadużywam słówka „jazz”, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że masa jazzmanów porzygałaby się po lekturze płyty. Ok., może Miles Davis znalazłby tu inspiracje do dalszych poszukiwań, może Michał Urbaniak także mógłby strzyc uszami. Dla reszty pomieszanie niesłuchalnego hałasu z popisami biegłości technicznej mogą być niezrozumiałe. Dodajmy do tego wokalny terror i mamy gotowe piekło na ziemi. Oczywiście na koncercie wszystkie te dźwięki są odpowiednio brudniejsze, może nawet bardziej chaotyczne, choć trzeba przyznać, że nagranie dobrze oddaje istotę samej muzyki, trzymając brzmieniowy, wysoki poziom.

Cóż, mamy przecież XXI wiek. A propos tego ostatniego, „21st Century Schizoid Man” kończy ten krążek dobitnie pokazując, gdzie leży serce zespołu i przynajmniej część inspiracji. Dla formalności, z „Blackjazz” usłyszymy na płycie jeszcze „Fisheye”, „The Madness and the Damage Done” i „Exit Sun”. Są wycieczki w minione lata, szczególnie dobrze prezentują się kawałki z „Grindstone” („In the Kingdom of Kitsch You Will Be a Monster” czy „The Red Room”…). Shining jest dzisiaj jednym z nielicznych przedstawicieli metalowego światka, którzy tak odważnie rozprawiają się z black a może ogólnie metalową tradycją. Aż dziw bierze, że nie boją się jakiegoś spalenia przez co bardziej porywczych kolegów z Norwegii. Ale to już chyba nie te czasy. Jako, że jest to płyta koncertowa, nie będę wysilał się na wystawianie oceny, zróbcie to sami, próbując jeszcze zdobyć płytę razem z DVD na którym mamy kilka kawałków więcej. A ja zamiast tego wpiszę do noworocznych postanowień załapanie się na jakiś koncert „blackjazzowców” z Norwegii.

Arek Lerch