SHAARIMOTH – Temple Of The Adversarial Fire (W.T.C. Prod.)

Od paru lat za najprężniej rozwijający się gatunek muzyki ekstremalnej uważa się black metal – kwestia dyskusyjna, aczkolwiek trudno nie zauważyć, że to właśnie w tym nurcie (i jego okolicach) aktualnie dzieje się chyba najwięcej. Nieco w odwrocie pozostaje natomiast death metal, uznawany za gatunek bardziej hermetyczny i mniej otwarty. Fakt, znajdzie się kilka wyjątków – na czele ze słusznie chwalonym Ulcerate – jednak metal śmierci nie wydaje się aż tak atrakcyjny. Na całe szczęście od czasu do czasu pojawiają się grupy, które nawet jeśli nie poszerzają gatunkowych ram i nie przynoszą choćby małych rewolucji, potrafią wycisnąć z tego stylu czystą esencję. Do tego grona, oprócz totalnie oldskulowych Swallowed i Teitanblood oraz nieco bardziej melodyjnych Horrendous, pora zaliczyć także bluźnierstwo Shaarimoth.

„Temple Of The Adversarial Fire” trudno nazwać płytą wizjonerską, jednakże wymaganie od kogokolwiek, że od nowa wymyśli istniejący od ponad trzydziestu lat gatunek jest co najmniej niedorzeczne. Zresztą czy w ogóle o to chodzi? Chyba nie. Shaarimoth najzwyczajniej w świecie nagrał płytę, na której wszystko się zgadza. Potężna produkcja, ze świetnie podkreśloną pracą sekcji, łamie kości wraz z każdym uderzeniem w bębny, a równie dobre, nierzadko pełne szaleństwa („Lord Of Putrefaction”, „Beast Of Lawlessness”) partie wokalne raczej nie przypadłyby do gustu Twojemu proboszczowi. Ciekawe jest, że Norwegowie potrafią grać równie brutalnie, co chwytliwie – tutaj na czoło wysuwają się „The Hungry Omega” czy „Elevenfolded Wrath Of Sitra Achra”, ale zasadniczo żadnemu z tych jedenastu utworów nie sposób odmówić swoistego groove, a momentami wręcz dawki melodii. Warto podkreślić też otwarte głowy muzyków – lawirują od niemal d-beatowych temp („Lord Of Putrefaction”), przez melodyjne gitarowe solówki („Faceless Queen Of Bloodstained Dreams”, „Ascension Of The Blind Dragon”) aż po obecne w niemal każdej kompozycje naleciałości black metalu – raz bliższe Deathspell Omega, kiedy indziej chociażby Belphegor. Natomiast occult rockowe wariacje z zamykającego „Point Of Egress”, choć nawet sympatyczne, potraktować należy raczej w rodzaju swoistego oczka puszczonego do słuchacza.S

Shaarimoth można poniekąd traktować jako zespół skierowany do mniej więcej tego samego targetu, co Nile – głównie ze względu na obecne w ich twórczości „sumeryjskie” naleciałości. Nie są one jednak tak jednoznaczne jak w przypadku ekipy Karla Sandersa, nie mówiąc już o tym, że Norwegowie brzmią znacznie bardziej organicznie i nie grają tak technicznie i intensywnie. Melechesh? Też nie do końca – w przypadku „Temple Of Adversarial Fire” inspiracje starożytnością pobrzmiewają przede wszystkim w tematyce tekstów, niekoniecznie natomiast w samej muzyce. Shaarimoth to ewidentnie zły i brutalny zespół, dla którego szczypta orientalizmów jest jedynie jedną z dodających smaku przypraw.

Być może tegoroczna propozycja norweskiego trio nie zaistnieje w podsumowaniach najlepszych albumów 2017 roku, jednak szkoda by było, żeby tak równy i przede wszystkim dobry materiał przepadł – zwłaszcza biorąc pod uwagę stosunkową mizerię na scenie. Dla fanów gatunku rzecz właściwie obowiązkowa, dla pozostałych co najmniej ciekawa lektura.

Michał Fryga

Cztery i pół