SEPULTURA  – Quadra (Nuclear Blast)

Sepultura powraca z nową płytą. Tak tak, uwaga, piętnastą (!) w dyskografii. Potężny staż i równie duże kłopoty, które cały czas za nimi się ciągną. Max Cavalera&„Roots” nazywają się te kłopoty i wiecie co – mam to kompletnie gdzieś, bo prawdę powiedziawszy, obecne oblicze zespołu „siedzi” mi idealnie, co potwierdza też „Quadra”.

Nigdy nie należałem do bojówkarzy wczesnej wersji Sepultury z Maxem i Igorem (bez drugiego „g”), być może dlatego nie odchorowałem rozłamu w grupie, tak pierwszego, jak i drugiego po odejściu sławnego perkusisty. W sumie, zrobił to w durnym momencie, bo płyty „Roorback” czy „Dante XXI” były bardzo dobre i zespół po wstrząsie z końcówki 96 roku nabierał wiatru w żagle. Jeśli miałbym wskazać moment faktycznego tąpnięcia, to byłby to okres „A-Lex” i w szczególności bardzo słabiutkiego „Kairos” (ciekawe czy zespół chce o tej płycie zapomnieć tak samo jak ja?). Nie wiem, czy będzie to teoria naciągana, ale dokooptowanie do grupy pałkera Eloya Casagrande zamknęło krąg i zespół stał się czymś więcej niż „nową Sepulturą”. Stał się po prostu innym tworem. Trzy ostanie płyty w tym składzie to najlepsze co zdarzyło się tej ekipie i choć stadionów już nigdy nie wyprzedadzą, mogą spokojnie liczyć na długą egzystencję festiwalowo – klubową.S

Tyle przynudzania, bo jest nowy materiał. „Quadra” to w zasadzie kolejny krok w mariażu hardcore’a, thrashu z malutkim, tak dla smaku, dodatkiem dawnej Sepy. Wszystko trybi jak należy i po raz kolejny mamy do czynienia z próbą połączenia niemal progresywnego rozmachu w aranżacjach z konkretnym dopierdolem napędzanym genialną, przepięknie płynącą grą Eloya. Gość jest mistrzem nad mistrze i jego bębnienie faktycznie wyciąga zespół na wyższy poziom, pozwalając jednocześnie pozostałym muzykom na spokojne poszukiwania, bo wiadomo, że taki pałker zagra im wszystko. Być może to właśnie dzięki niemu niestrawny mix metalu i progresji w sepulturowym wydaniu nie jest nadętym zakalcem, ale doskonale dopracowanym i pędzącym do przodu muzakiem dla ambitnych metalowców. Ambitnych, czyli takich co nie płaczą za tym co było. Jasne, poprzedni krążek „Machine Messiah” był faktycznie bardziej eksperymentalny, ale stanowi dzięki temu ładne tło dla większego wkurwienia na „Quadra”. Szczególnie pierwsze numery z płyty brzmią jakby Andreas i ferajna dostali wścieklizny. Im dalej w głąb płyty, tym więcej wygibasów się pojawia, muzyki nieoczywistej, rozbudowanej i być może nieco za bardzo pompatycznej, ale taki jest właśnie metal, kiedy próbuje wbić się na salony i udawać, że jest poważny i dojrzały.

Daję płycie piąteczkę i trzymam kciuki by nic w tej machinie się nie spieprzyło. Niech sobie grają dalej, bo są potrzebni. No i – na Boga! – niech przypadkiem nie zmieniają pałkera!

Arek Lerch 

Pięć