SEPULTURA – Machine Messiah (Nuclear Blast)

Sepultura wróciła z nową płytą i starymi pytaniami. Czy ich egzystencja ma jeszcze sens, czy wreszcie nagrali coś wybitnego, czy Max pokrzyżował im szyki trasą Return To Roots… I tak w kółko, a same dźwięki… umykają naszej uwadze, zajętej rozpatrywaniem różnych wersji możliwych wydarzeń. Prawda będzie taka – i Max i Sepultura będą grać do końca świata i jeden dzień dłużnej, ku utrapieniu zwolenników i przeciwników.

Grzegorz: Witam Panie Arku. Krótka piłka: w którym momencie przestałeś interesować się Sepulturą?

Arek: Może to pytanie powinno raczej brzmieć: w którym momencie zacząłem się interesować tym zespołem? Powiem, że zaliczyłem cały przełom i śledziłem dość dokładnie postmaxową Sepulturę na równi z Soulfly. I trochę przykro było patrzeć na smutne w sumie koleje losu zespołu, który daje radę, ale z powodu „Roots” i Maxa zawsze i wszędzie ma i będzie miał pod górkę.

Grzegorz: Pod górkę mają też dzięki wybujałemu ego Kissera i braku pomysłu na to, czym ta Sepultura ma być… Z płyty na płytę zmieniają się środki wyrazu – bo raz klepią coś na kształt hardcore’a i brutalnego crossover, innym razem kierują się w bardziej death metalowe rejony, a tak naprawdę najlepszą rzecz jaką udało im się spłodzić bez Maxa było wydane jedenaście lat temu „Dante XXI”.Sepultura

Arek: Płyta „Dante XXI” faktycznie dawała radę. Ale, przyjacielu: umówmy się – co ty byś zrobił po odejściu lidera tuż po wydaniu przełomowej płyty? Grali pod „Roots” na „Against” – źle. Grali hc na „Roorback” – źle. Zaczęli kombinować na „A-Lex” – źle… W zasadzie nie można mieć do nich pretensji. Andreas jest sfrustrowany, ale dziwisz mu się, kiedy na każdym kroku słyszy Max, Max a potem bracia Cavalera odpierdalają mu akcję pt. Return To Roots… Sam pewnie chciał to zrobić…

Grzegorz: Pewnie chciał, ale ubiegli go zjednoczeni bracia. To jest osobny, równie ciekawy wątek, którego tajemnica jest raczej dość oczywista i nazywa się pieniądze. Ale zostańmy przy samej Sepulturze. Derrick Green świetnym frontmanem jest, i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Za to Kisser i reszta składu, mimo fenomenalnego warsztatu, nie spełnia oczekiwań pod względem samych kompozycji. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Sepultura nie dorobiła się ANI JEDNEGO prawdziwego hitu.

Arek: Pamiętaj, że mało który zespół jest w stanie w swoim żywocie nagrać więcej niż jedną doskonałą płytę. Co do kompozycji… Cóż, Sepy nie rozpatruję w takich kategoriach a raczej myślę o całych albumach i w takiej kategorii mają się czym pochwalić. Z całym szacunkiem – „Nation”, „Dante XXI” czy „The Mediator Between…” to płyty bardzo dobre a miejscami całkiem zaskakujące. Wcale nie tak mało.

Grzegorz: Ale nazwa Sepultura już nie elektryzuje. Mnie nie rusza od… no, dość dawna. Soulfly też. W sumie, to nie zauważyłbym braku tych kapel. Osobistości, profesorów metalu, owszem, ale mam do czego wracać.

Arek: Wiesz, taka sytuacja dotyka wielu zespołów, które regularnie od dziesięcioleci wydają płyty. No, może poza Swans (śmiech). Jasne, że dzisiaj nikt nie będzie płakał, jak panowie zwiną żagle. Problem w tym, że – w kontekście sytuacji – widać, że grać lubią, na przekór wszystkim. Jasne, sam często myślę, że mogliby pokazać Maxowi faka, zmienić nazwę i dalej grać w mniejszych i większych klubikach, ale wiesz – myślę, że to jest wojna Andreasa, który pewnie pozbyłby się dawno tej nazwy, ale byłby to akt kapitulacji w stosunku do klanu Cavalerów. Którzy w tej bajce wydają mi się, niestety, zdecydowanie czarniejszymi charakterami.

Grzegorz: Na pewno bardziej pazernymi na kasę. Ponadto, w tej rodzinie nepotyzm to trochę zbyt mało powiedziane (śmiech). Ale dobra, co Sepa AD 2017 ma do zaoferowania? Ja na pierwszy ogień rzucam – rytm. Trochę mało odkrywcze, ale jednak. Ten band jak żaden inny miał, ma i będzie mieć jednych z największych czarodziejów za zestawem.

Arek: Tu zgadzam się w całej rozciągłości – Iggor, Roy, Eloy… Same sztosy. Uwielbiam oglądać jak Casagrande teraz gra na garach. Pięknie po prostu i trzeba przyznać, że na „The Mediator…” miał swoje pięć minut. Na tej płycie gra ciut zachowawczo, choć i tak jest w swojej kategorii mistrzem. Na pewno warte wsłuchania są aranżacje, szczególnie wtedy, kiedy robią się ciut orkiestrowe. Ogólnie wydaje mi się, że płyta jest nieco słabsza niż „The Mediator…”, ale i tak sadowi się gdzieś w połowie stawki post maxowego sepulturowania.

Grzegorz: Mi te orkiestracje trochę burzą nastrój. Nie dlatego, że nie pasują do tak agresywnego grania, co nie pasują do samej Sepultury. Czasami łapię się, że bardziej skupiam się na smykach niż na tym jaki leci riff. Ciekawy eksperyment, ale wyszła z tego przeszkadzajka.

Arek: Na szczęście, nie jest tego dużo. Jestem zadowolony, że kombinują, że im się ciągle chce. I że znowu mogę się cieszyć ich muzyką, bo kiedy usłyszałem „Kairos” to się załamałem – to zdecydowanie była najgorsza płyta Sepy. A „Machine Messiah”? Cóż, na razie mam wrażenie, że jest dobrze, ale może brakuje trochę czegoś zaskakującego. „The Mediator…” był przyjemnie wściekły i strasznie gęsty a nowa rzecz jest nieco bardziej wyważona, może za bardzo. W każdym razie, ciała nie dali, ale nadal ci co im darowali, będą ich lubić, cała reszta opluje, albo przejdzie obojętnie. Na pewno ten mesjasz nie pomoże im powrócić do dużych klubów.

Grzegorz: Ja uważam, że im lepiej jest w małych, ciasnych miejscach. W ogóle, to odnoszę wrażenie, że ten band mimo wszystko chciałby grać surowsze dźwięki. Te eksperymenty to próba przypodobania się nowym słuchaczom. Obaj wiemy ile wkurwienia tkwi w Brazylijczykach. Taką Sepulturę chciałbym usłyszeć

Arek: No tak, tylko, że jak grali bliżej hardcore’a, to z kolei wszyscy zarzucali im, że się sprzedali i zdradzili metal. Wiesz, oni tak po prawdzie są w dość dużej dupie, mówiąc kolokwialnie, a bardziej oględnie – w kozim rogu. Gdzie się nie obrócą, tam… no i znowu musiałbym brzydkiego słowa użyć. Co Twoim zdaniem mieliby zrobić?Tam...

Grzegorz: Odciąć się raz na zawsze od spuścizny Cavalery. Z podniesioną głowa robić swoje, dalej spuszczać wpierdol na koncertach, ale określić się, czy chcą być zespołem który wali po ryju dwuminutowymi strzałami i babrze się w crossoverowym sosie, czy wolą kombinować, wplatać coraz dziwniejsze motywy, wzmacniać przekaz niemetalowymi wtrętami i być zespołem z grupy „inteligentnych”. To wydaje się proste, ale jak widać po ostatnich płytach, łatwo o tym mówić nam, pismakom.

Arek: Właśnie. Nie chciałbym być w skórze Andreasa. Zawsze te porównania i zawsze krok za Maxem. Poza tym, widzę, że Max i Iggor mają wyraźne zakusy co by reaktywować własną Sepulturę i ta myśl powoduje, że Andreas na każde pytanie odnośnie Maxa reaguje nerwowo (vide wywiad dla Violence). Ale my tu o nowej płycie mamy… Ja jej na straty nie spisuję, po prostu słucham zapominając o całym tym syfie. Jest taka opcja?

Grzegorz: Tak, bo to fajny album. Miejscami dość mroczny i pełen niemal młodzieńczej furii, ale zagrany jak na profesjonalistów przystało. Nie ma tu przypadkowych dźwięków, ale gdzieś już to słyszeliśmy i wcale mi to nie przeszkadza. Nie chcę by ścigali się z konkurencją, ani stawiali po kątach. Mieli na to czas. Dziś są koncertową maszyną do zabijania. To taki casus jak z naszym Vaderem. Na wieść o nowych płytach niby każdy reaguje dość ambiwalentnie, potem zespół krytykując, a na koncertach, jak zawsze, wynosząc na piedestał. Tak właśnie jest z Sepą. Band czysto rozrywkowy.

Arek: Ale w przeciwieństwie do wymienionych krajan, cały czas kombinuje z kontekstem lirycznym, z inspiracjami, każda płyta to majstersztyk, gdzie muzyka współgra z grafiką i pomysłem, tu nie ma raczej szybkiego opakowywania gotowej płyty w cokolwiek i potem dorabianie na siłę filozofii, ale przemyślane koncepty. Nawet jeśli naiwne, to każda płyta – może za wyjątkiem „Kairos” – jest dziełem godnym, by je mieć w swojej kolekcji. A propos opakowania – co sadzisz o okładce „Mesjasza”?

Grzegorz: Że nadaje się na tatuaż. Nigdy nie doszukiwałem się ukrytych symboli, głębszego przesłania. Najbardziej fascynujący w tym obrazku jest człowiek.

Arek: Już ktoś dopatrzył się podobieństw do „Arise”… Choć osobiście najbardziej lubię okładkę „A-Lex”.

Grzegorz: Chyba nieco na wyrost.

Arek: Coś tam w tym jest, ale pewnie Andreasowi humoru nie poprawi kolejne odniesienie do przeszłości. Nowa płyta Sepultury udowadnia kilka faktów: zespół jest w dobrej formie, cały czas próbuje stworzyć dzieło, które zachwyci opinię i cały czas skazany jest na porażkę. Słuchając płyty, z jednej strony czuję przyjemność, ale gdzieś tam, z tyłu głowy jest litość w stosunku do tych muzykantów. Od nabitego do granic wytrzymałości Spodka 1996 roku, do średnio zapełnionej Proximy wiele lat później… Trzeba mieć jaja, żeby dalej walczyć. I dlatego „Mesjasza” postawię na półce. Wbrew Sepa w czernikpinom trv metali, co pewnie rozszarpią płytę, podobnie jak poprzednie krążki.

Grzegorz: Ja płyty nie skreślam, ale wracać nie będę. Jest w czym wybierać, ale gdybym miał komuś pokazać, czym obecnie jest Sepultura, to wybrałbym ten album. Super brzmienie, ciekawe rozwiązania i jaja. Duże jaja.

Arek: No to skoro płytę już poleciliśmy, to teraz może odpłyńmy w przyszłość. Taki scenariusz: Sepulturaa gra trasę promującą „Mesjasza”, trochę gigów w Europie, po czym wracają do siebie i wtedy bucha wieść o tym, że Max i Iggor, skuszeni dobrym odbiorem koncertów „Return To Roots”, postanowili wskrzesić „swoją” Sepulturę. O nazwie np. Max’s Sepultura albo S.e.p.u.l.t.u.r.a i wtedy Andreas załamany rozwiązuje zespół.

Grzegorz: Nie ma mowy. Jak zgodnie stwierdziliśmy, to zbyt odporny psychicznie człowiek, aby się ugiął. Dochodziłby praw w sądzie, byłby dramat. Blabbermouth i inne portale miałyby przy okazji niezłą pożywkę. Starczy, że Cavalera ma Cavalera Conspiracy, Soulfly, że ma dzieci, które grają z nim w kapelach, że te dzieci mają kapele, i że grają nie gorzej jak jego zespoły. Po prostu, wystarczy. A te koncerty z Roots… mieli do tego prawo. Kisser powinien w takim razie przypierdzielić sentymentalną trasą z „Arise”. Derrick spokojnie dałby radę.

Arek: Tak czy inaczej walka/rywalizacja trwa nadal i nic tego nie zmieni. Cały czas czekam, aż szala się na którąś stronę przeważy, ale nie widać końca tej zabawy…

Rozmawiali Grzegorz Pindor i Arek Lerch