SEDNO SPRWY – Rogi/R.O.D./Departed

Korzystając z chwili wolnego czasu lub jak kto woli, ów wolny czas tracąc zajmując się słuchaniem kilogramów płyt, nadrabiam zaległości. Oto słów kilka w temacie materiałów, które w ostatnim czasie zwróciły moją uwagę a zabrakło determinacji na to by poświęcić im dłuższą niż mgnienie oka chwilę. Trzy materiały tak różne, że aż głowa boli.

Rogi Martwc O Rogi zrobiło się głośno już jakiś czas temu. Znani i lubiani mówią, że to niesamowite, bowiem nie było u nas jeszcze takiego tworu. Trudno odmówić im racji bo też i sięgającRogi pamięcią wstecz nie przypominam sobie tak nietypowego jednoosobowego tworu, który grałby muzykę tak dziwną i hipnotyzującą jednocześnie. W tym miejscu wypada podzielić się z szacownym czytelnikiem garścią hojnie rzuconych porównań. Proszę bardzo: Eyehategod, True Widow, Neurosis, Duszę Wypuścił oraz wszelkie ekstremalne, doom’owe hordy, noise, black metal. Słowem, cuda i dziwy. Materiał jest niesamowicie esencjonalny, przesterowany i ciężki niczym dźwiękowy rytuał, który w tych kilkunastu minutach robi wszystko by zniszczyć naszą psychikę. Muzyka Rogi to schizofrenia, dziki trans i nawet w fragmentach zahaczających o drone wszechobecna moc. Ta muzyka żyje, tętni fizycznym pulsem, płynie niczym krew z otwartej rany, boli… a wraz z końcem gaśnie niczym świeca. „Martwc” to materiał krótki, ale tak porażająco surowy i intensywny, że nie wiem czy spotykając ten twór po raz pierwszy na swojej drodze byłbym gotów na większą porcję chaosu. Chyba nie. Dawno już nie słyszałem muzyki tak intrygującej i zważywszy na osobę, która się pod tymi dźwiękami podpisuje spodziewanie zaskakującej. Znani i lubiani mówią, że to niesamowite i… mają rację.

R.O.D. Death for All Debiutancki materiał R.O.D. poleżał trochę w szufladzie, ale za każdym razem kiedy brałem się z tą płytą za bary, w mojej głowie kiełkował jeden nadrzędny wniosek. ****(w to miejsce proszę wstawić zestaw słów powszechnie uważanych za obraźliwe i wulgarne)! RODCiągle są w naszym kraju zespoły, które wiedzą jak grać masakrycznie dobry thrash z krwi i kości. Wyczuwalna na kilometr inspiracja bogami ze Slayer w żaden sposób R.O.D. ujmy nie przenosi bo zespół wybiera to co w gatunku najlepsze, miksuje po swojemu i podaje w iście furiackiej i dzikiej formie. Poczynając od surowego i ostrego jak brzytwa brzmienia, na samych kopiących to i owo numerach kończąc, zespół ani przez chwilę nie patyczkuje się ze słuchaczem. I to mi się podoba. Taka bezkompromisowa forma thrash metalu jest może i trochę archaiczna, ale tak naprawdę tylko w tym wydaniu ta muzyka ciągle jest autentyczna i nadal potrafi mimo piwnicznego smrodu brzmieć naprawdę świeżo i potężnie. Prawdę mówiąc, straciłem ten zespół z oczu, ale jeśli nadal parają się metalem mam nadzieję, że w niedługim czasie przywalą kolejnym konkretnym materiałem. Mocne i przede wszystkim dobre.

Departed Left for Vultures Warszawski Departed, jeśli wierzyć wielkiej wyroczni Metal Archives, od jakiegoś czasu powinien już przebywać w błogostanie, który określa się mianem zawieszenia. Jednak rzeczywistość ma to do siebie, że nie zawsze znajduje wspólny mianownik ze światem wirtualnych mądrości i tak zamiast nie robić nic zespół gra w najlepsze koncerty oraz pracuje nad kolejnymi numerami, czego dowodem jest całkiem jeszcze świeży i śmierdzący drukarnią CD. Pierwsza uwaga – patrząc na okładkę spodziewałem się trochę innej muzy, właściwie to spodziewałem się brutalnego old school death metalu, ale mimo iż w pewnym stopniu   zawartość tegoż krążka mnie zaskoczyła to nie przeżyłem jakże częstego w przypadku nowo poznanych zespołów bólu towarzyszącego mi przy kontakcie z muzyką marnego sortu. Deaparted grają metal w dość nowoczesnym wydaniu, zawartość „Left for Vultures” można w lapidarnym skrócie określić jako bardzo sensownie zagrany miks wszystkiego co ciężkie. Słychać tu sporo inspiracji melodyjnym, nowoczesnym death metalem i thrashem. Dominują tempaDeparted średnio szybkie, okazjonalnie pojawiają się blasty lecz generalnie materiał ten zwyczajnie zajmuje miejsce gdzieś pośrodku między thrashem a melodyjnym death metalem. Jeśli istnieje termin metalowa muzyka środka to do twórczości Departed pasuje on bardzo dobrze. Muzycznie granie to jest dość podobne do twórczości choćby Vedonist czy Empatic; podobnie wyważony hałas, który całkiem przyjemnie kopie. Ep-ka „Left for Vultures” zawiera trzy premierowe numery oraz bonus w postaci dema „Go Kill Yourself” z 2012 roku. Nowszy stuff jest zdecydowanie mocniejszy, chwilami („Command”) całkiem niszczący, chwilami bardziej thrashowy („No Words Left”) jako całość po prostu ciekawy. Na temat muzyki z demo 2012 nie będę się wypowiadał gdyż różni się zasadniczo od nowego hałasu jaki proponuje Departed. Jeśli na kolejnym materiale zespół pójdzie w kierunku wyznaczonym przez trzy premierowe utwory z „Left for Vultures” będzie to płyta, która powinna zwrócić uwagę paru osób.

Wiesław Czajkowski