SEDNO SPRAWY – Debiuty, niespodzianki i pożegnania

W sednie sprawy tym razem cztery skrajnie odmienne pozycje. Mamy bowiem klasowy debiut krakowskiego Only Sons, o którym jeszcze nieraz będzie głośno, nie tylko w kontekście składu jaki tworzy zespół. Obok nich żegnający się ze sceną metalcore’owy z Siren’s Dawn, którzy zdecydowanie za długo pozostawali w cieniu wielu krajowych kolegów, choć prezentowali znacznie ciekawsze brzmienia. Za nimi dwie niespodzianki, bowiem Warszawsko-Beskidzki The Unrest stara się przypomnieć o potencjale drzemiącym w nu-metalu, a Ereles, będący side projectem muzyków Kabanosa, chce dostać się do serc słuchaczy w mniej metaforyczny sposób, za to w stylistyce, której próżno szukać w playlistach większości naszych czytelników.

Siren’s Dawn – A New Hope Nie ukrywam, iż jestem mocno związany ze sceną metalcore i odkąd pamiętam, wspierałem rodzimych wykonawców. Jednym z zespołów, który szybko wylądował na orbicie moich zainteresowań był łódzki Siren’s Dawn, który całkiem zgrabnie mieszał melodyjny death metal z tradycyjnym, dziś mocno niemodnym, głównie niemieckim graniem sprzed dekady. Panowie, niestety, zasłużyli na aplauz tylko na własnym podwórku, co jest krzywdzące głównie dla Piotra Czembrowskiego – kompozytora autora i realizatora całej „A New Hope”. Co najważniejsze, i o czym już powszechnie wiadomo, płyty, która podsumowuje działalność zespołu, a zarazem stanowi oficjalne pożegnanie ze sceną. Trochę to przykre, zwłaszcza, kiedy widzi się takie oddanie i wiarę w to co się robi, ale z rynkiem nie wygrasz. Nie ma popytu, nie ma podaży. Wygrał djent i retro nu-metal, a czterdzieści pięć minut nowego Siren’s Dawn stoi tak daleko od tych gatunków jak tylko to możliwe, ciesząc (albo i nie) uszy odpowiednim balansem pomiędzy melodią, podręcznikowym ujęciem istoty tej muzyki w postaci odniesień między innymi do Parkway Drive, czy nie małą techniką poszczególnych instrumentalistów. Najmniej interesujący się dość jednowymiarowy wokal Tomka Zania, który choć perfekcyjnie wpisuje się w konwencję, na dłuższą metę zwyczajnie męczy poruszaniem się w o dziwo, całkiem wysokich rejestrach. W każdym razie ostatni pełny materiał Siren’s Dawn powinien spodobać się nie tylko krajowym entuzjastom takiego grania, co wielbicielom wszelkich „odpowiedzi na”.(3,5)new hope

The Unrest – Keep it Real Nu-metal powrócił i czy tego chcemy, czy nie, przynajmniej za oceanem znów robi spore zamieszanie. Na fali tego dość nietypowego trendu, odświeżającego niespecjalnie dobrze przyjęty nurt, powstają coraz to nowe formacje, najczęściej stanowiące hybrydę tego specyficznego brzmienia z elektroniką lub djentopodobnymi naleciałościami. Rdzenne „Nu” lub jak kto woli, alternatywa, to jednak na swój sposób muzyczna ciekawostka, i taką właśnie jest międzynarodowy kwintet The Unrest. Zespół stworzony m.in. z muzyków hardcore’owego Moron debiutuje ep-ką, która jakieś piętnaście lat temu zapewniłaby im miejsce na czele listy Antyradia. Instrumentalnie dojrzale i gęsto (sekcja!), ale z rock’n’rollowym pulsem i groove dopasowanym do OGROMNYCH możliwości wokalisty Luke’a Greenwooda. I tu dochodzimy do sedna, bo o ile The Unrest to zespół, który dość sprawnie lawiruje na pograniczu rockowo i metalowego wszechświata, podpartego solidnym, elektronicznym filarem, nie byłby wart choćby jednego odsłuchu gdyby nie flow, gracja i pomysłowość z jaką śpiewa ów jegomość. Niektóre patenty podpatrzone wprost od najlepszych, począwszy od Queens of The Stone Age po Enter Shikari i The Killers – i to się wszystko zgadza. Wbrew pozorom choć nie ma tu krzty oryginalności, The Unrest ma potencjał na to, aby niczym nieco niedoceniane To Leave A Trace nieść metalowe światło dla mas, choć głównie zorientowanych na Woodstockowe wynalazki. To właśnie tam widzę ten zespół, na małej scenie, albo wiosce Kriszny – choć tu mogło by być ciekawie, bo panowie nie kryjąc chrześcijańskich konotacji, które na stałe towarzyszą tej wesołej gromadzie. (2,5)the unrest

Ereles – Krok Odwagi Jak skapitalizować sukces Kabanosa na własne potrzeby? Skrzyknąć kilku kolegów, z którymi będzie można nagrać prostsze dźwięki, w swoim studio, i w myśl zasady wszystko DIY. Ereles pojawia się nieoczekiwanie i mimo wszystko, w stosunkowo zbliżonej stylistyce do macierzystego zespołu. „Lider” Ereles, mózg całego przedsięwzięcia Arek „Lodzia” Grochowski nie ukrywa swojej fascynacji bardziej popowym brzmieniem i możliwością dotarcia do radiowych słuchaczy. Zresztą, to się już udało, bowiem single z „Kroku Odwagi” okupują kilka list przebojów. Na ile to marketing, a na ile siła samej muzyki – odpowiedzcie sobie sami. Jeśli macie na tyle otwartą głowę, aby przełknąć pop rock o romantycznym zacięciu, Ereles może, ale według mnie, zdecydowanie nie musi się podobać. Ciężko oceniać ten zespół nie przez pryzmat Kabanosa, zwłaszcza, że sam Lodzia odgrywa w nim niemałą rolę (zaraz po Zenku). Mimo to, staram się doszukać w tej układance pozytywów. Bo sama odwaga i wyjście z takim graniem to jedno, a wykonanie – drugie. W tej ostatniej kwestii Ereles wypada względnie dobrze (tylko dlaczego aż 15 piosenek?!), i choć do płyty nie wrócę, wierzę, że są w tym kraju ludzie, którym takie granie jest potrzebne. Znajdą się tacy, co zakochają się w perfekcyjnej dykcji Lodzi i prostocie przekazu, doszukując się przy tym potrzebnych im wartości, a mityczny „rockowy pazur” (i cała masa łatwo wpadających w ucho melodii) stanowić będzie najjaśniejszy punkt koncertów, które – a jakże – grają z Kabanosem. (2)Ereles

Only Sons – Love, Drugs, Treachery and Deceit  Krakowska scena muzyczna wita na swoje mapie nową nazwę złożoną ze wcale nie takich nowych twarzy, znanych co prawda z dużo mocniejszego grania. I tu pierwsza niespodzianka, bo takiego Daniea Keslera, znaku firmowego polskiego technicznego death metalu, nie potrafiłem wyobrazić sobie w rock’n’rollowym wydaniu, a tu nie dość, że wiosła są krzyżówką stonera, brzmień Seattle i Mastodon („Snowfall”), to tak poszukiwany przez całe zastępy muzyków luz, aż wylewa się z głośników. Na ile to zasługa czarodzieja death metalowej gitary, a na ile reszty kolegów, to wyjdzie w praniu, ale najważniejsze, że swoboda z jaką panowie lawirują między gatunkami jest naturalna. Panowie oczywiście nie odkrywają ameryki, ale grają ten swój rock (metal?) jakby mieli ruszać w trasę z Black Label Society albo Royal Republic. Czyli, generalnie z zespołami których znakiem firmowym są dobre piosenki, eleganckie refreny, zgrabne melodie i kawał serducha włożonego w teksty. Te zaś trzeba dobrze zaśpiewać i tu pojawia się głos Andrzeja Nowaka, który tą krótką ep-ką chce pokazać, że dorosłym facetom jak najbardziej przystoi śpiewać o miłości, i zamiast gloryfikowania  rozpusty w męskim gronie, nie obce im są klasyczne ballady („Song For M.”) (4)Only Sons

Grzegorz Pindor