SEDNO SPRAWY – Wycinek metalu (ups, czarnego…)

Wracamy z kolejną porcją przemyśleń na temat hałasu. Tym razem, odwrotnie niż ostatnio, główną siłą są polskie załogi. Krajowa ekstrema zawsze stała na wysokim poziomie, ale zerwać z łańcucha potrafią się nieliczni, co pokazują nowe krążki Odrazy i Kłów; na okrasę dodamy jeszcze debiut YFEL 1710 oraz ziejący trupem, death metalowy Eternal Rot. Te bandy bandy dają ciekawy obraz tego, czym stał się na przestrzeni ostatniej dekady tzw. polski metal. W zasadzie, powinienem napisać – black metal, bo to główny składnik dzisiejszego dania. Zatem, pozostańmy przy określeniu metal ekstremalny, żeby ktoś nie posądził mnie o rasizm (to odnośnie wspomnianej „czerni”).

Jednym z wczesnych doświadczeń mojego „scenerskiego” życia, była ucieczka przed jakimiś debilami na katowickim dworcu, po koncercie Vader w Spodku. To był rok 1998 i koncert o tyle ważny, że płyta „Black To The Blind”, którą wówczas Peter z ekipą promowali, była i jest moim zdaniem najlepszym dokonaniem tego bandu; nie o tym jednak chcę pisać a o doświadczeniach ekstremalnych. Nie muszę dodawać, że moje „przeloty” nie były tak graniczne jak te, o których opowiadali zaprawieni w bojach załoganci, ale jest o tyle ważne dla niniejszego tekstu, że pokazuje, gdzie tkwi siła metalu i tzw. animatorów (worek dość pojemny): w wyrazistości. Brak takowej od razu skazuje muzykantów i okolice na najwyżej drugą ligę. Ta wyrazistość powoduje, że pewne sceny, sytuacje i dźwięki wbijają się kołkiem w sam środek łba.

I w tym miejscu wjeżdża na pełnej i bez szumnych zapowiedzi nowy album Odrazy. Sprawa jest specyficzna, bo każdy fan mocniejszego grania wie, że wydany kilka lat temu debiut „Esperalem tkane” rozpieprzył skostniały nieco system polskiego black metalu, wrzucając narrację tam, gdzie nieco wcześnie tłoczyły się punki i inne obszarpańce. Tyle, że zamiast skłotów i klubików, skierował swoje kroki do najbardziej obszczanych spelun, melin i met, gdzie słowo jest słowem, tekst ze znanego skądinąd filmu „jebłem, to ci jebłem, nie drąż” prawem a komunią wódka z korka (też znany cytat…). W każdym razie, umiejscowienie narracji w takim a nie innym kontekście plus całkiem spoko muzyka, można nawet powiedzieć odważna (o ile coś może być odważne po tych wszystkich produkcjach Let The Wolrd Burn) spowodowały, że nad krążkiem pochylili się z zachwytem niemalże wszyscy. Zatem, trudna była to do przeskoczenia sytuacja i już samo podjęcie takiej próby godne podziwu. Fajnie, że zespół nie zdecydował się na te wszystkie zapowiedzi, przecieki i trajlery, tylko uderzył po całości i tym samym osiągnął na wstępie przewagę. Bo zaskoczenie na pewno było, zanim jeszcze człowiek zdał sobie pytanie, przeskoczyli czy nie. Kiedyś, szczenięciem będąc, właziłem z kumplami na jakieś płatne molo przez wodę, omijając punkt opłat i wspinając się po drewnianym wsporniku. Poharatałem sobie wtedy stopę, ale radocha była. Podobnie robi Odraza. Włazi gdzieś bokiem, omija główne wejście i od razu wali w ryj pierwszego napotkanego. Black metal na „Rzeczom” jest zdecydowanie inny, w każdym razie obszarpańcy z ulicy umyli się w miejskim kiblu i ukradli skądś mniej podarte szmaty. To co uderza w pierwszym momencie to zdecydowanie bardziej precyzyjna, ostra produkcja i takież granie. Zwarte, agresywne i w pierwszym momencie sprawiające wrażenie bardziej standardowego. To wrażenie znika bardzo szybko, bo Odraza po prostu uporządkowała pewne wątki, ustawiła w szeregu i nadała im większą siłę. Na tej płycie zespół nie brzmi jakby faktycznie wytaczał się kompletnie schlany z meliny, ale na ciężkim kacu zyskiwał większą jasność narracji. Ta „jasność” jest głownie zasługą Priesta, którego partie perkusyjne błyszczą tu jak cholera, są wyraziste, precyzyjne i bardzo plastyczne, rączki od razu zaczynają wybijać rytmy. Druga sprawa, to zdecydowanie większa polaryzacja między standardowym, „smutnym” napędzanym blastami czarnym metalem a fragmentami tzw. relaksu, które brzmią jakby zostały wydarte z dupy muzykantom Raz Dwa Trzy. Te wszystkie, alt rockowe wjazdy, walczyki i kabarety jeszcze parę lat temu gwarantowałyby wpierdol, dzisiaj są znakiem rozpoznawczym tego odłamu metalu, gwarantują, że taka płyta jak „Rzeczom” będzie tkwić we łbie jak drzazga. Idą za tym słowa, które jak to w przypadku odrazy są specyficznymi w formie poezyjkami znad flaszki. Rozpamiętywanie rzeczywistości nosi znamiona bardzo intymnych zwierzeń, więc człowiek czuje się cokolwiek onieśmielony, a jednak zagląda przez ramię narratorowi, próbując uszczknąć coś dla siebie. Co z tego wynika?unnamed-kopia

Kły, choć wyrastają z podobnego korzenia, to zupełnie inna jazda, choć takie samo zaskoczenie. „Szczerzenie” były intrygującym przyczynkiem do dyskusji o tym, czy może być black metal, a w zasadzie czym już nie jest, bo album z typową ścianą dźwięku nie miał nic wspólnego, odjeżdżając raczej w artystowskie dziwy à la W-T-Z. Co oczywiście zostało przyjęte z dużym entuzjazmem. Płyta przeszła trochę obok mnie, dlatego nowe dzieło było dużym zaskoczeniem, tym bardziej, że podobnie jak w przypadku Odrazy, płyta ukazała się bez zbytniego szumu. Ukazała się i tym razem jej nie zignorowałem. Pierwsze wrażenie: to w zasadzie coś w rodzaju spektaklu na metalowych resorach, nie ma sensu rozbierać płyty na poszczególne numery, siadamy i „jedziemy” całością. I w takim odbiorze płyta faktycznie usadza słuchającego na dupie. Zdecydowanie więcej metalu, więcej skrajnych zmian klimatu i duch Białoszewskiego unoszący się nad tym pokręconym, trudnym, ale wciągającym dziełem. Całość, mimo ewidentnie black metalowego korzenia, ma w sobie coś punkowej dramy, w pierwszym wrażeniu głównie ze względu na surową, szorstką produkcję, potem ze względu na ciekawe zderzenie tekstów własnych (pisanych jakby z marszu, w dodatku na silnych środkach psychoaktywnych) ze słowami Mirona Białoszewskiego. I tu musiałem się trochę zatrzymać, bo zrozumienie sensu, poszukiwania jakiejś duchowości, głównie przy pomocy substancji zabronionych, ten kontekst pojawiającego się tu i ówdzie lasu, okładkowe grzyby to spore wyzwanie. Trudno jednoznacznie powiedzieć, że to jest coś, co tak zwyczajnie może się podobać. A przecież mamy w tym temacie całkiem spoko tradycję, od pejotlowych podróży Stańki flirtującego z Witkacym, na Weselu, gdzie Furia przygrywa skończywszy (Furia, jako pewien drogowskaz przywołana zupełnie świadomie…). Kiedy już przebrniemy przez te konteksty, pozostaje rozpalić ognisko, usmarować się błotem i zapomnieć o zdobyczach cywilizacji podczas tańca.
Nie chcę przez powyższe słowa sugerować, że to materiał niezjadliwy, bo wyzwania lubię, jednak nie jestem w stanie potraktować tej płyty jako czysto muzycznej treści, szczególnie w kontekście podstawowej wartości dźwięków jako czystej rozrywki. Bo Kły w takim rozumieniu stają się czymś w rodzaju kamienia, który wrzucamy do buta albo przywiązujemy sobie do szyi. Tańczyć się nie da, trzeba słuchać, zrozumieć i albo odrzucić, albo w całości zaakceptować.unnamed

Z akceptacją z kolei nie będzie problemu w przypadku ostatniego przedstawiciela polskiej szkoły black metalu, czyli YFEL 1710 i ich płyty „Willa Wisielców”. To płyta – oddech po wyzwaniach, jakie serwują Odraza i Kły. Prosta, atawistyczna w rozumieniu, zajadła i na swój sposób przebojowa, jak tylko przebojowy może być walec drogowy, sunący wolno i miażdżący wszystko co pod koła wlezie. Przyznam, że nigdy nie byłem jakimś zwolennikiem old skula, te wszystkie retro wycieczki metalowców bardziej mnie mierziły i na pewnym etapie wyłączyłem się. „Willa…” ma jednak w sobie coś z literatury grozy. Przede wszystkim: nośny temat oparty na historii pewnego domu w Olsztynie, gdzie pod koniec wojny na poddaszu znaleziono powieszonych kilkanaście osób, czego ponoć dokonali żołnierze radzieccy. Stąd tytuł płyty, zaś dramatycznemu kontekstowi dorównuje wokalna interpretacja Klimorha, która choć momentami intensywnością sięga jakiejś psychodramy, dobre wpisuje się treści i stanowi ciekawy kontrapunkt dla gruzowatego, prostego i napierdalającego w średnich tempach łomotu. Co ciekawe, pierwsze utwory z płyty („Szpital przemienienia”, „Warszawska 107” czy „Dead Landscape”) cały czas natrętnie kojarzą mi się z najdziwniejszym dziełem w historii MasseMord czyli płytą „The Madness Tongue Devouring Juices of Living Hope”. W każdym razie, prostota tych numerów, jednocześnie swoista zajadłość, mrok i niezły gruw, z jakim to jedzie, mogą spowodować, że Klimorh ze swoim nowym zespołem osiągnie więcej niż udało się z – przecież doskonałym – Non Opus Dei. W każdym razie – tu nie ma miejsca na artystowskie zagrywki, na inkorporowanie jakichś aranżacyjnych dziwactw. Jest prostota, złość, jadowity sound gitar i surowa energia, jaka płynie z tej muzyki. Niewątpliwie oldskulowej, bazującej na starych zdobyczach gatunku, ale w jakiś przedziwny sposób odświeżającej formułę, w każdym razie, kiedy słucham tego materiału, nie zastanawiam się, czy gitarowa robota sięga dwóch dekad wstecz, bo bez tego kontekstu muzyka broni się sama, żyje tu i teraz. W każdym razie nadal, mimo opinii różnych wizjonerów, nie zdechła.a4011048311_10

…i na koniec przesyłka z GB, gdzie stacjonuje 2/3 składu Eternal ROT. Do niedawna duet posiłkujący się automatem, dzisiaj rasowe trio (na garach oficjalnie Radek z The Dead Goats…) i muszę przyznać, że w stosunku do „Cadaverine” poziom organicznego wkurwu na „Putridarium” jest zdecydowanie wyższy. Składniki nie uległy jednak wielkim zmianom, bo cały czas chodzi o sunący przy ziemi, ordynarny i śmierdzący trupem death metal. Oparty o miarowe, wolne mielenie i choć nadal czuć w tym mechaniczny puls to jednak jest dużo lepiej. W zasadzie, w kontekście takich zespołów powinno się programowo używać słowa „prymitywizm”, ale jest w tym pewien haczyk, bo doprowadzenie takiej stylistyki do ściany powoduje, że gdzieś po drodze odkrywa się archetyp, smakowite, drugie dno, które musiało zostać obnażone, by ta muzyka wchodziła jak świeże… nie, nie bułeczki, tylko trupy. Jest w tej muzyce ponury, ale łapiący za zmysł równowagi groove oraz lepiący się do ucha riff. Zagruzowane, cuchnące brzmienie staje się znakiem rozpoznawczym a jednocześnie – hm, same paradoksy – jest w tej muzyce jakaś obleśna chwytliwość, która powoduje, że dość długie, wlokące się utwory wcale się nie dłużą. Oczywiście, mówimy tu o przyjemności gubienia się w mrocznych katakumbach, ale co kto lubi. Momentami muzyka ociera się o doom metal, czasami ma w sobie nawet coś, hmmm, klimatycznego („Endless Stream of Coffins”), ogólnie mamy jednak do czynienia z walcem, przelatującym z topornym wdziękiem po starych grobach. Nagromadzenie tych wizualnie atrakcyjnych metafor jest zapewne pretensjonalne, ale ta muzyka na to zasługuje. Piszę o dźwiękach, od których dzielą mnie lata świetlne, a jednak w jakiś perwersyjny sposób się nimi delektuję. Metalowa esencja dla fanów staroci, Encoffination, gruzu i śmierci. Tak ma być…unnamed

I tu mały epilog. W tym miejscu pojawić się miały jeszcze inne płyty, np. Medico Peste, ale wydaje mi się, że to właśnie powyższe „dzieła” stanowią o tym, czym dzisiaj jest polski (tylko nie „narodowy”) black/death albo po prostu metal. Gdzie tkwi jego siła?  Podobnie – uwaga: herezja – jak EABS na zupełnie innym poletku poszukuje ducha wśród pól i łąk, tak powyższe złogi walczą z naszym, trudnym charakterem, trudną historią i pokręconym jeśli chodzi o logikę polskim syfem. Na ile się to udaje w sensie mentalnym, nie będę oceniał, bo jednak w ostatecznym rozrachunku chodzi o rozrywkę. A tej powyższe dziełka dostarczają w nadmiarze.

Arek Lerch