SEDNO SPRAWY – Wielcy przegrani

Koniec starego i początek nowego roku to tradycyjne rozkminki kto, dlaczego i kiedy, zarówno wygrał jak i przegrał. Trzeba przyznać, że w minionych miesiącach znalazło się kilka płyt, które nie są złe, ba, prezentują poziom wysoki, ale jednocześnie trudno byłoby uznać te premiery za wydarzenie, które wstrząsnęło fundamentami muzycznego biznesu. I choć na te wydawnictwa wielu czekało, tak raczej – i to już widać – w podsumowaniach rocznych nie znalazły się one w kategorii „wydarzenie roku”. Choć czasami było bardzo blisko. Dlatego dzisiaj przedstawiam kilka wydawnictw, które, niestety, nie spełniły z takich czy innych powodów oczekiwań. Ostrzegam jednak, że to bardzo subiektywne spojrzenie…

Na pierwszy rzut idzie wykonawca, do którego podchodzę emocjonalnie, czyli Lee Ranaldo. O fascynacji Sonic Youth pisałem już bardzo dużo, ze smutkiem przyjąłem rozpad tego zespołu, choć trzeba przyznać, że zrobili w tym biznesie WSZYSTKO co było do zrobienia, od rewolucji począwszy na skutecznej i regularnej dekonstrukcji muzyki alternatywnej skończywszy. O poczynaniach gitarzystów zespołu można napisać prace magisterskie a solowe dokonania Moore’a i Ranaldo puchną od doskonałych i często zaskakujących rozwiązań. Co nie zmienia faktu, że ostatnie lata należały przede wszystkim do niewiernego małżonka Thurstona Moore’a – dwie ostatnie pozycje w katalogu muzyka to rzeczy odpowiednio doskonałe i wybitne, zaś Lee, po równie udanej pozycji „Last Night on Earth” trochę się jednak pogubił. I owo zagubienie tłumaczę w pewnym sensie działaniami kolegi po fachu. Mam bowiem wrażenie, że kariera Moore’a, udany proces budowania składu i szybkie złapanie równowagi było dla Lee czymś w rodzaju bodźca z jednej strony i bólu w tyłku z drugiej. Bo twórca ostatniej zeLee wspomnianych tu płyt nie zaliczył jednak tak spektakularnego sukcesu, dlatego „Electric Trim” odbieram jako nieco wysiloną próbę przebicia tego co robił Moore. Stąd stworzenie czegoś w rodzaju koncept albumu, zaproszenie licznych gości, eksperyment literacki (kolaboracja z nowojorskim pisarzem Jonathanem Lethem) i wreszcie – eksperyment muzyczny, który próbuje łączyć typowe, dysonansowe granie Ranaldo z poszukiwaniami – tak brzmieniowymi jak aranżacyjnymi. Powstała tym samym płyta, która jest tyleż ciekawa co męcząca. Bo z jednej strony mamy kupę fajnych zagrywek gitarowych, ale wyraźne ciążenie w stronę akustycznego grania powoduje, że muzyka jest trochę zbyt łagodna, zbyt ugłaskana. Mamy eksperymenty w warstwie rytmicznej, sample itp., ale to z kolei powoduje, że słuchającemu bardzo szybko zaczyna brakować solidnej, prostej, ale jakże nakręcającej (patrz „Rock’n’roll Consciousness”) gry Steve’a Shelley, który przecież jest na „Electric Trim” obecny. Jest cała masa wielowarstwowych melodii, ale szybko zorientujemy się, że brakuje takich strzałów w pysk jak ultra przebojowy „Lecce Leaving” czy do bólu sonicowy „Black Out” ze wspomnianej „Last Night on Earth”. Uwiera wreszcie zbytnie złagodzenie chropowatego, dysonansowego brzmienia gitar, co wygląda trochę, jakby Lee wstydził się swojej przeszłości. Słychać, że za dużo tu myślano, a za mało grano zespołowo – zresztą, ta płyta to bardziej projekt, niż efekt pracy zgranego, znającego się teamu (dlatego, jak wyjaśniał sam zainteresowany nie ma na okładce dopisku „The Dust”). Dzieje się tu – to muszę przyznać – bardzo dużo, słychać, że włożono w te aranże serce, produkowano, nagrywano na dwóch kontynentach, przemyślano każdy dźwięk i… no właśnie – przedobrzono, dlatego płyta na dłuższą metę zwyczajnie męczy. Mam nadzieję, że Lee dojdzie do podobnego wniosku, bo sam przecież podkreśla, że ta płyta to wyjątkowe dla niego dzieło. Wyjątkowe, czyli będące czymś w rodzaju odskoczni, poszukiwania nowych rozwiązań. I to może zabrzmieć boleśnie, ale chyba od tego faceta nie oczekuję eksperymentów idących w taką stronę a raczej prostszego, od serca łojenia.Lee Ranaldo_Electric Trim_cover art

Zupełnie inaczej podchodzę za to do płyty „The Desaturating Seven” Primus. Choć i na tę pozycję czekałem niecierpliwie, to owo uczucie było nasączone niepokojem. Niepokojem wynikającym z historii Primus, jaka rozgrywała się po 2000 roku. Czyli wielkiej kroniki upadków, drobnych wzlotów, potknięć i pomyłek. Sam nie wiem czemu tak utalentowany band nie potrafił się pozbierać do kupy, może faktycznie to często wspominane, rozdęte ego Lesa spowodowało taką zapaść? Z drugiej strony, po tym, co zespół zaprezentował w latach 90. trudno przeskoczyć wyżej. W dodatku zmiany składu (chodzi oczywiście o perkusistów…), jakie nękały grupę też zrobiły swoje. Co nie zmienia faktu, że grupa w starym składzie wróciła przecież już w 2003 roku i z trzyletnią przerwą Primus(2010-2013) trzyma się do dnia dzisiejszego. Mam wrażenie, że Les jednak nie do końca lubi swoją przeszłość i stara się nie nawiązywać do sukcesów, uważając zapewne, że kreatywność jest wystarczająca, by tworzyć równie udane pozycje. Co, niestety, jest błędną teorią. Pierwszy po latach posuchy, nagrany z pomocą starego kumpla, pałkera Jay Lane’a długograj „Green Naugahyde“ był w sumie udaną teleportacją w okolice „Frizzle Fry“. Wydany w klasycznym składzie (co cholernie wzmocniło oczekiwania…) album „Primus and The Chocolate Factory With The Fungi Ensemble“ to duże nadzieje i nuda, która nie pozwala wysłuchać płyty do końca. Pisałem o tym, że Primus brzmi jakby nie potrafił eksplodować i dwa lata po premierze płyty uważam tak samo. Niestety, dzisiaj, po iluś tam seansach z nowym dziełem jestem usatysfakcjonowany może w 20%. Bo coś tam jednak drgnęło, i gdzieś, powoli słychać ten potencjał, co z tego jednak, kiedy Les nadal traktuje zespół jak swój prywatny folwark, w którym może robić co mu się podoba. I dlatego powstają takie nuuudy jak „The Valley“, gdzie szef oddaje się bezkrytycznemu, onanistycznemu basowaniu czy „The Dream“ i „The Ends“, gdzie człowiek czeka, kiedy wreszcie usłyszy ZESPÓŁ a nie basistę, któremu towarzyszą pozostali muzycy. Owszem, jest na płycie parę przebłysków z naciskiem na znakomity „The Seven“ czy całkiem niezły „The Trek“ ale to ciut za mało, by materiał wrył się w głowę. Brakuje mi w tym wszystkim zespołowego łojenia, zespolenia trzech instrumentów, walki na równym poziomie i tych kilka dobrych momentów, kiedy słychać normalnego, soczystego i napakowanego energią Primusa, utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze mogliby nagrać solidną płytę, która może dorównałaby dziełom z lat 90. Tyle, że na razie to tylko nadzieje, bo Primus kroczy swoją ścieżką, niespecjalnie przejmując się otoczeniem. Możliwe, że jest to powód do zadowolenia, że firmowa arogancja i abstrakcja nadal istnieją, ale póki co, nie przekłada się to na wymierne efekty muzyczne. Nowy krążek stawiam wyżej niż poprzednika, choćby ze względu na okładkę, krimsonową precyzję, chirurgiczne prowadzenie instrumentów, jednak nie jest to materiał, który zostanie ze mną na dłużej. Fajnie, że istnieją, ja jednak nadal czekam…TDS

I w tym miejscu pojawią się pewnie kontrowersje, bo nie każdemu spodoba się, że taki zespół znajduje się na Violence, ba, może ktoś stwierdzić, że pisanie Irlandczykach nie ma sensu, jednak trzeba o nich wspomnieć, bo U2 mają swoje miejsce w historii, mają też na koncie kilka doskonałych płyt… jak i kilka gniotów. Być może ekipa Bono nie wie do końca kiedy skończyć, jednak, cóż, nie można im odmówić prawa do grania. Problem z tak ikonicznym zespołem zawsze będzie taki sam – oczekujemy czegoś wielkiego, jednocześnie naiwnie oczekujemy, że grupa nadal będzie tak dziewiczo pociągająca jak gdzieś w okolicach „The Joshua Tree”, bądź chociażby tak ambitna jak na „Pop” czy „Achtung Baby”. Ten zespół zrobił już wszystko, ale nadal chce grać, choć można odnieść wrażenie, żeU2 Band stracił instynkt, bo jakość muzyki spada równie szybko, jak puchną konta muzykantów. Dzisiaj nie można im podmówić trzech rzeczy: zapisania się złotymi zgłoskami w historii rocka, charakterystycznego brzmienia i maestrii wykonawczej. Pewne nadzieje na nową muzykę z „Songs of Experience” budziły bęcki, jakie zespół zaliczył po śmiesznej kolaboracji z Apple (promocja „Songs of Innocence”), jednak po wysłuchaniu płyty wiadomo, że jest po prostu… dość przeciętnie. Owszem, bardziej rockowo, momentami bliżej klasycznych, firmowych patentów, ale cały czas mam wrażenie, że to muzyka skrojona do słuchania w samochodzie czy na imprezie. Bałbym się nazywać ją muzakiem dla hipermarketów, bo jest tu parę wybijających się kompozycji o przebojowym potencjale (np. „You’re the Best Thing About Me” czy „Get Out  of Your Own Way” to mus), jest ukłon w stronę Ameryki („American Soul”), w zasadzie każdy numer to 100% U2 w U2. Tyle, że… jakoś nie zostają w pamięci te utwory, giną, bo mimo ładnie poukładanych aranżacji, jedynego w swoim rodzaju wokalu i melodyki, są „zmęczone”. Słychać, że to nie zawadiaccy młodzieńcy z kamieniami w łapach a starsi panowie, którzy potrafią, ale też nie mają już zbytniego ciśnienia, żeby cokolwiek udowadniać. Sobie i innym. Oczywiście, zdaję sobie jednocześnie sprawę, że nie można traktować U2 jak wielkich rewolucjonistów, którym powypadały zęby, bo takimi nigdy nie byli, no może trochę za czasów „War”. To po prostu sprawne, dobrze działające przedsiębiorstwo, produkujące rzemieślniczo poprawne produkty, które świata nie zmienią. Niech sobie zatem grają… i tyle. W ich przypadku nie czekam już na nic. Być może dlatego traktowanie U2 jako wielkiego przegranego ma mniejszy niż w przypadku pozostałych opisywanych tu artystów, sens, bo zespół zawiesił się na pewnym poziomie mentalno – biznesowym i tylko jakiś kataklizm może tę sytuację zmienić.U2

Kolejni zapomniani/pominięci już wkrótce…

Arek Lerch