SEDNO SPRAWY – Trzy oblicza ekstremy

W dzisiejszej odsłonie sedna sprawy trzy płyty prezentujące skrajnie odmienne oblicza muzyki ekstremalnej. Frontman Pantery kontynuuje swoje eksperymenty z brutalnym metalem, co i rusz skacząc po gatunkach. Tym razem wespół z The Illegals prezentuje nam surowy sludge/death, którego największym bohaterem jest… towarzyszący mu zespół. Numer dwa w zestawieniu to jeden z filarów amerykańskiej sceny metalcore – Of Mice & Men. Popularna w Polsce formacja dobrze radzi sobie po utracie charyzmatycznego wokalisty Austrina Carlile, próbując swych sił na bardziej groove metalowym terytorium. Czy z dobrym skutkiem? Ostatni krążek to trzeci materiał wrocławskiego Torn Shore (o którym już było, ale jak to mówią: od przybytku…). Nie bez kozery porównywani do Converge, ze skromnością i spokojem przyjmują takie komplementy, napierdalając swoje i pozostawiając krajową konkurencję daleko w tyle.

Philip H. Anselmo & The IllegalsChoosing Mental Illness As A Virtue (Season of Mist)  Drugi album jednego z kilku aktywnych projektów krzykacza Pantery spokojnie obroniłby się nawet bez niego. The Illegals to naprawdę interesujący hord, któremu dodano nowej-starej krwi (bas i gitara), która po raz kolejny bawi się w wskrzeszanie death/sludge’owego ducha. Młócka serwowana na „Choosing Mental Illness As A Virtue” kojarzyć się może, nie tylko ze względu na skład, z Superjoint Ritual, choć jest to bardzo ale to bardzo daleko idący trop. Druga sprawa, że w najszybszych momentach, ten band zbacza na niebezpieczne, niemal crossover’owe rejony, w którychIllegalsi główny gagatek stojący z mikrofonem kompletnie nie wyrabia. Mało tego, tempo (są i blasty!) wybitnie jegomościowi nie służy, a kolejne „eksperymenty” od black metalowego skrzeku (weszło mu w nawyk po ostatnich ep-kach Scour?) przez wycieczki w stronę wysokich rejestrów i dziwacznych pisków psują odbiór całej płyty. Po prostu najsłabszym elementem „Mental Illness” jest sam Phil Anselmo, który jest tutaj zbędny. Nie dlatego, że jest słabym wokalistą i tekściarzem (to drugie utrzymuje nieco w duchu Flynna…), co z racji na tłamszenie wielu dobrych pomysłów kolegów (numer tytułowy, „Photographic Taunt”) przez własny, kiepski performance, który nie wiedzieć czemu, wyeksponowano nie mniej jak chaotyczne pojedynki gitarzystów. Sytuacja była by do uratowania, a może nawet jest, jeśli w pełni doceni się brzmienie, które miało być jak najbardziej surowe jak się da. Czy pasuje do tej układanki? Na początku słuchacz odnosi wrażenie, że nie, a już z całą pewnością, że nie przystoi gościom, którzy na metalu zjedli zęby. Kolejne odsłuchy potwierdzają jednak, że wybór tak mało selektywnego, gruzowego soundu ma sens. Niestety, kogo byśmy nie posadzili za konsolą stołu mikserskiego, nikt nie byłby w stanie poprawić blamażu Anselmo, którego jeśli by słuchać, to na dzień dzisiejszy jedynie w przypadku absolutnego uwielbienia i najlepiej kierowanego wyłącznie w stronę Down.Illegals

Of Mice & MenDefy (Rise Records)  Po dość nieoczekiwanym odejściu Austina Carlile, przyszłość Of Mice & Men, bodaj numeru jeden w katalogu Rise Records, stała pod znakiem zapytania. Formacja postanowiła ruszyć dalej, grając we czwórkę, i niestety, zmieniając styl. Poprzednio panowie grali coś z pogranicza deathcore’a i nu-metalu z orientacja na rockowe refreny, a obecnie, prezentują miałki metalcore, będący hybrydą niemal pop punkowych refrenów i nu-OM&Mmetalowego groove. Niby są to dźwięki bliskie mojemu sercu, ale tak sprzed dekady, bowiem „Defy” brzmi jak płyta z końca pierwszego dziesięciolecia nowego millenium. Mało tego, gdyby taki album pojawił się w czasie premier m.in. „Deep Blue” od Parkway Drive, pewnie zapełnialiby hale zamiast grać średnie klubówki na Starym Kontynencie. Piąty krążek w dorobku Amerykanów cechuje jeszcze coś, dziwaczne eksperymenty, bo za takie uznaję cover Pink Floyd („Money”) i niepotrzebne silenie się na radiowe powerplaye. Wiem, że w Stanach takie granie sprzedaje się niemal jak świeże bułeczki, ale wystarczy spojrzeć na choćby PVRIS, inny świetnie rokujący band z katalogu Rise, aby wiedzieć, że lukier, nośne refreny i ciężar – jakkolwiek metalowy czy nie – trzeba dozować umiejętnie. To zaś wychodzi tej ekipie z naprawdę mieszanym skutkiem. Mamy tu bowiem zarówno niemal deathcore’owe breakdowny, sporo galopującej rytmicznej jazdy, riffy których nie powstydziliby się giganci ze Static-X, a przede wszystkim garść zapadających w pamięć linii wokalnych. Tyle, że Aaron Pauley to nie wytatuowany Carlile, i nie potrafi ani tak ryknąć, ani tak bardzo chwycić za serce. Poza tym, zmienił się sam klimat utworów na znacznie weselszy, a tej ekipie to zdecydowanie nie pasuje.Defy

Torn ShoreReduced (wyd. własne)  Wrocławska załoga Torn Shore trochę niefortunnie udała się na tymczasowy spoczynek w celu przegrupowania. Po udanym „Lifeburner”, wydanym w barwach Instant Classic, wydawać by się mogło, że formacja powinna być na fali wznoszącej. O ile media wychwalały album pod niebiosa, coś pękło i panowie musieli znaleźć na siebie nowy pomysł. Już w odświeżonym składzie (wokal) i z głową pełną pomysłów powracają z trzecim albumem w karierze. „Reduced” wnosi do stylu grupy nie tylko powiew pożądanej świeżości, co kompletnietornshore_bandphoto2 zmienia środki wyrazu. Tym razem Torn Shore odchodzi od sludge’owego dołu na rzecz matematycznych wygibasów i wściekłego, bezpardonowego ataku na małżowiny uszne. Skojarzenia z zespołami z katalogu wytwórni Deathwish są jak najbardziej na miejscu, a mało tego, żaden inny krajowy zespół nie brzmiał tak podobnie do Converge jak ekipa z dolnego śląska. Oczywiście, to wciąż imitacja, ale na tyle dobra, aby pisać o zespole w samych superlatywach, pękając przy tym z dumy, bo w hardcore’owo/metalowym undergroundzie dzieją się u nas rzeczy – przynajmniej w skali kraju – naprawdę wielkie, i wcale nie odstające poziomem od „zachodu”. Kto posłucha „Reduced”, ten szybko złapie się na tym, że kwestia pochodzenia jest tutaj drugorzędna, a poszczególne strzały tworzące ten trwający nieco ponad dwadzieścia minut album, to obok najnowszej propozycji Deszczu, najlepszy prognostyk na cały rok. Wiele dobrego przed nami, ale nim pokochamy nowe płyty Napalm Death czy Bastions, warto sprawdzić co w polskiej trawie piszczy.Reduced

Grzegorz Pindor