SEDNO SPRAWY: ROZMAWIAMY  – King Dude, Clutch, Idles

Każda z tych płyt jest inna, każda ma swój urok, choć tylko jedna z nich znajdzie się w podsumowaniach końcoworocznych. Nasz nowy cykl, w którym regularnie będziemy brać na warsztat trzy wybrane krążki i krótko o nich rozmawiać, zaczynamy od kilku głośnych, wrześniowych premier. Tak, mamy końcówkę listopada, ale… lepiej późno niż wcale.

KING DUDE – Music To Make War To (VÁN)

Paweł: Zarzuca mu się że jego muzyka jest pretensjonalna, powtarzalna i za dużo w niej patosu. I w sumie… Nowa płyta właśnie taka jest. Ale czy nie jest przy tym na swój sposób urocza?

Adam: Hm, nie wiem, czy użyłbym w kontekście tej muzyki określenia „urocza”, ale chyba wiem, co masz na myśli. Jest trochę naiwna, bo korzystając z raczej niewyszukanych środków, odwołuje się do najprostszych emocji… Co najistotniejsze, „Music To Make War To” trzyma napięcie i nie jest tak rozwodniona, jak poprzednie nagrania Cowgilla.

Paweł: Fakt, trudno w zasadzie wskazać jakiś drastycznie odstający od pozostałych utwór. Może to po prostu najlepszy krążek King Dude?

Adam: Bardzo prawdopodobne, co tym ciekawsze, że zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, mocniej zdefiniowanych i zorientowanych na określone brzmienie, płyt. Tutaj – wydaje mi się – mamy wszystkiego po trochu: i typowego songwritingu na modłę americany, i syntezatorowego rytmu znanego z „Sex”, post-punka w stylu Killing Joke i rasowego, pościelowego duetu w „Good And Bad”. Siła w różnorodności, chciałoby się powiedzieć.

Paweł: Jedyne czego brakuje, to atmosfery jego pierwszych płyt. Wiem że to se ne vrati, ale, cholera, podobają mi się te pełne pogłosu, niemal amatorsko brzmiące nagrania. Wtedy King naprawdę był mroczny i złowieszczy.

Adam: Nie myślałem o tej płycie w kontekście braku określonej atmosfery, ale faktycznie – to se ne vrati. Mnie cieszy to, że KD, jakby wbrew głosom oskarżającym go o plagiat i generalnie przewidywalność brzmienia, miesza różne estetyki i tworzy rzeczy różnorodne, a jednocześnie spójne. Ja się nie spodziewałem, że „Music To Make War To” będzie aż tak dobrym krążkiem.

Paweł: Wydaje mi się, że mógłby to być też album otwierający Cowgilla na szerszą publiczność. Bo nie dość że to dobry, równy krążek, to jeszcze szybko wpada w ucho, nie jest specjalnie kontrowersyjny, no i ma kilka hitów. „Let It Burn” to jest sztos.King Dude

CLUTCH – Book Of Bad Decisions (Weathermaker Music)

Adam: Kiedy po raz pierwszy napomknąłeś o nowym krążku Clutch, z twoich słów przebijało lekkie rozczarowanie. Czy, twoim zdaniem, „Psychic Warfare” ustanowił poprzeczkę, której „Book Of Bad Decisions” nie zdołała przeskoczyć? Bo nie wierzę, że na tym etapie kariery oczekujesz od nich jakichś gruntownych zmian stylu.

Paweł: Nie, ale „Earth Rocker” jak najbardziej taką poprzeczkę ustanowił. Czy jestem nowym dziełem Clutch rozczarowany? Nie, to udany krążek, który sprawił mi wiele frajdy. Jednocześnie jest to… po prostu kolejny album Clutch. Mniej więcej takiej płyty się spodziewałem i nie oczekuje od Fallona i spółki eksperymentów.

Adam: Dla mnie też „Earth Rocker” był takim punktem odniesienia, ale po czasie zacząłem doceniać „Psychic Warfare”, a szczególnie sposób, w jaki ten materiał wybrzmiewa na żywo. I w opinii większości ekspertów to właśnie, mam wrażenie, ten ostatni krążek był najlepszym nagraniem Clutch od kilku lat. Czy nowy zmieni trochę optykę? Moim zdaniem, w porównaniu do dość klarownych brzmieniowo poprzedników, „A Book…” jest płytą przydymioną, mocno garażową, nawet odrobinę mulastą. Takim nawiązaniem do „Pure Rock Fury” chociażby.

Paweł: Masz rację. Do tego jest mniej hiciarska niż poprzednie – oczywiście to nadal są dobrze napisane, wpadające w ucho rockowe kawałki,  no ale nie są to bangery na miarę „D.C Sound Attack” czy, sięgając do nieco bardziej odległych czasów, „10001110101”.

Adam: Szczerze mówiąc, gdybyś zapytał o jakieś ulubione numery, miałbym problem z odpowiedzią. To jest bardzo dobra płyta, ale jednocześnie płyta dość jednorodna, jednej barwy. Wyróżniłbym może „In Walks Barbarella” za świetny, big-bandowy motyw, ale generalnie wszystko to zlepia się w większą masę, z której ciężko wyodrębnić jakieś wiekopomne momenty. To jest w kontekście Clutch ciekawa odmiana, bo zawsze do tej pory kilka hitów było.

Paweł: No i pojawia się pytanie – celowy zabieg, czy tak wyszło? Pomysły na hity się wyczerpały, czy może ten krążek miał być bardziej, hmm… Stonowany? Dojrzały?

Adam: Tego się raczej nie dowiemy. W każdym razie – faktycznie, dość dziwna to jak na Clutch płyta. Stąd może przeciętny jej odbiór; w świadomości odbiorcy to jest zespół bardziej nastawiony na przeboje, niż na riffy czy klimat. Poza tym – nie uważasz, że dzięki stonowanemu charakterowi muzyki większą rolę odgrywa tutaj pan Fallon ze swoimi wokalami?

Paweł: Czy ja wiem? Gość ma na tyle charakterystyczny wokal, no i sam jest na tyle charyzmatyczny, że nie sądzę aby jego rola na tym krążku była ważniejsza niż na poprzednich. On tam zawsze grał pierwsze skrzypce. Aczkolwiek być może masz rację, że pozostali instrumentaliści nieco usunęli się w cień i zostawili Fallonowi więcej swobody. Szczerze mówiąc podczas słuchania „Book…” nie rzuciło mi się to jakoś specjalnie w uszy.

Adam: Może masz rację i to tylko doszukiwanie się wiodącej roli Fallona przy dość neutralnej postawie instrumentalistów. W każdym razie, mam wrażenie, że na „Book…” jakoś wyraźniej, niż dotychczas, słychać te jego pierwsze skrzypce – same kompozycje są mniej zdefiniowane, natomiast wokal ma dużo miejsca na poprowadzenie ich w wybrane przez siebie miejsca. Tak to widzę.

Paweł: Doszliśmy więc do wniosku, że w sumie dobry album, nieco odmienny pod pewnymi wzgledami od poprzednich, ale – no właśnie – dorównuje tym krążkom?

Adam: Ja nie postawiłbym go niżej. Jest odrobinę inny, stonowany, bardziej zwarty i nie tak efektowny pod względem przebojowości, ale też pozbawiony jakichś większych mielizn. No i te wokalizy Fallona na pierwszym planie, pchające czasem kompozycje w nowym kierunku. A to właśnie dramatyzm w głosie brodacza jest moim ulubionym elementem brzmienia Clutch. Nie mogę narzekać.Clutch

IDLES – Joy As An Act Of Resistance (Partisan)

Adam: Wydaje mi się, że „Joy as an Act of Resistance” to płyta znacznie, znacznie głośniejsza, niż „Brutalism”, która przecież dla wielu i tak była najlepszym, punkowym LP 2017 roku. No i pytanie – czy aż taki szum jest w tym przypadku uzasadniony?

Paweł: Moim zdaniem tak. Nowy krążek Idles to nie tylko najlepsza punkowa płyta 2018, ale i jeden z lepszych tegorocznych albumów w ogóle. Potężny bagaż emocjonalny, świetne, społecznie wrażliwe teksty, pubowe refreny (aż chciałoby się iść na koncert i zaśpiewać je razem z Talbotem), no i jeszcze jedna iskierka nadziei, że „punk is not dead”. Nie widziałem jeszcze negatywnej opinii na temat „Joy As An Act Of Resistance” i zupełnie się temu nie dziwię.

Adam: Mnie też żadna negatywna opinia nie rzuciła się dotąd w oczy. I w każdej niemal recenzji bardzo duży nacisk kładziony jest na teksty i ogólną „lewackość” tego krążka, jeśli mogę to tak ująć. Rozumiem potrzebę czasów (w kontekście sytuacji polityczno-społecznej), by nagrywać takie płyty i – ze strony odbiorcy – uważać je za wydarzenia, rzeczy istotne, zarazem jednak zastanawiam się, czy to nie jest szukanie takich pomnikowych płyt roku czy dekady na siłę. Płyt, które miałyby wykraczać poza bycie zbiorem piosenek, stając się jakimiś manifestami.

Paweł: Na pewno „punkowość” tej płyty, czyt. jej społeczno-polityczne zaangażowanie sprawia, że trudno obok niej przejść obojętnie. Tematy poruszane przez Idles są bardzo na czasie, i zdecydowanie nie jest to krążek dla kogoś, kto muzykę traktuje jako formę ucieczki do rzeczywistości. Myślę, że trochę masz racje mówiąc o szukaniu pomnikowych płyt-manifestów na siłę. Krążków, które zasługiwałyby na takie miano jest niewiele, dlatego też Idles tak się wyróżnia. Inna sprawa, że Idles to wciąż podziemny zespół; nie są głosem pokolenia. Prawda jest taka, że mało kto w ogóle ich zna.

Adam: Na pewno zgodzę się z tym, że niewiele płyt zasługuje na miano manifestu i „Joy…” jest mocnym kandydatem do stania się takim krążkiem. Tyle, że na podobne oceny potrzeba czasu, tzn. najpierw zobaczmy, czy za rok ktoś o tej płycie będzie jeszcze pamiętał. Pewnie będzie, bo to materiał i mocny muzycznie, i mądrze złożony w warstwie tekstowej – zdecydowanie „o czymś”, a jednocześnie zazwyczaj podnoszący na duchu, nie równający morale z ziemią. Co do popularności, to nie do końca się zgodzę, bo już teraz są pupilami całego alternatywno-hipsterskiego środowiska, a kolejną płytą spokojnie mogą wejść na nowy poziom rozpoznawalności. Fundamenty są.

Paweł: Fundamenty są, ale to wciąż tylko pupile środowiska alternatywnego i hipsterów; nie zespół, który jest głosem pokolenia, jak – nie przymierzając – The Clash. Ale kto wie. Wszystko przed nimi.

Adam: Ja widzę całkiem poważną szansę na taki wzrost, bo jeszcze rok temu, przed koncertem na OFFie, prawie nikt u nas ich nie znał. Dzisiaj nagrywają płytę, która pojawi się pewnie w połowie podsumowań roku. A tak czysto muzycznie, jakie różnice widzisz między nową LP, a „Brutalism”? Dla mnie to przede wszystkim większa surowizna i kontrastowość brzmienia, zbliżająca nagranie do brzmienia Idles na koncertach, a tego trochę brakowało poprzedniczce. No i chyba mimo wszystko większe bogactwo wpływów, bo np. „I’m Scum” to czysty surf rock…

Paweł: Wymieniłeś chyba najważniejsze różnice; dodatkowo nowy album jest mniej agresywny i bardziej przebojowy niż „Brutalism”.JOY

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek