SEDNO SPRAWY – Grudniowe remanenty

Koniec roku to zawsze stres. Tyle tego wszystkiego było, ale nie udało się przepchnąć przez recenzenckie gardło… Dlatego w najbliższych dniach, w ramach cyklu Sedno Sprawy skupimy się na tych płytach, które absolutnie nie są warte zapomnienia a jednak w jakiś dziwny sposób nie mieszczą się w kategoriach wydarzenia, które wszystko zmienia. Po prostu – są. Dobre, bardzo dobre, może i ważne, ale nie przełamujące tabu. Zagrane przez doskonałych instrumentalistów, choć na tyle mało nachalne, że szybko giną w hałaśliwym tłumie kolejnych premier. Dzisiaj pierwsza, polska, porcja.

NATALIA PRZYBYSZ – Światło Nocne Kariera Natalii, rozgrywająca się po Sistars to poszukiwanie własnego ja, które najsilniej doszło do głosu na „Prądzie”, zaś najnowsze dzieło to po prostu kontynuacja i nieco spokojniejsze, wysmakowane rozgrywanie bluesrockowych fascynacji. O ile jednak poprzedni krążek był zbiorem utworów, które naznaczone były jedynie mentalem autorki, tak na nowym  dziele następuje przesunięcie środka ciężkości z muzyki na słowa. Dźwięki są tu tylko dopełnieniem, przewodnikiem dla przemyśleń Natalii, które do najweselszych nie nalezą. O głośnym wywiadzie, w którym Natalia wypowiedziała się na temat aborcji powiedziano już wszystko, zaś kilka utworów na tej płycie jest swoistym dopełnieniem, puentą i mocnym podkreśleniem własnej postawy. Na pewno jest w tym dużo smutku porządnie obitej przez media dziewczyny, która szuka w jakimś sensie wyjaśnienia tego co się wokół niej dzieje. Być może właśnie dlatego ów bluesowy posmak jest idealnym tłem dla słów jakie znajdziemy np. w „Świecie wewnętrznym” czy „Przez sen”. Równie przejmujący jest utwór „Vardø” z sugestywną wyliczanką kobiecych imion, co narzuca od razu pewną symbolikę. Dla przeciwwagi mamy dynamiczny i przebojowy kawałek „Mandala” i denerwującą kompozycję (sam nie wiem do końca czemu…) „Dzieci malarzy”. Całość jest jednak niejednoznaczna; zastanawiałem się, jak odbierałbym samą muzykę, oderwaną od kontekstu, od słów i całej historii, jaka przydarzyła się w 2016 roku autorce płyty? Być może nie byłoby wtedy takiego emocjonalnego ciosu, jednak są to tylko teoretyczne dywagacje. Nawet jeśli nie uważam, że pani Przybysz stworzyła najlepsze dzieło w karierze (a na pewno nie przebiła drugiego albumu Rita Pax…), to będę do tej płyty wracał częściej, bo lubię, kiedy w muzyce słyszę rozdzieraną duszę, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało…Natalia Przybysz

TUNE – III  Łódź nie jest najładniejszym miastem w Polsce, choć na pewno ma od groma rockowych, dobrych i bardzo dobrych zespołów. Skąd się one biorą, nie wiem, jakie demony za nimi stoją, też, ale fakt pozostaje – Tune to kolejny, trochę już działający projekt, który proponuje właśnie swoją trzecią, dość w sumie banalnie zatytułowaną płytę, na której przesuwa spektrum zainteresowań w stronę elektroniki, rezygnując jednocześnie z charakterystycznego – jak na polską scenę – akordeonu. Nowe piosenki są dokładnie takie jak okładka – wysmakowane, ciepłe, plastyczne i świetnie zaaranżowane. W tym miejscu muszę się jednak nie zgodzić z pojawiającymi się tu i ówdzie teoriami, jakoby na „III” Tune brzmiał progrockowo, jeśli już miałbym coś sugerować, to tu i ówdzie skojarzyło mi się to z Muse. Tune to po prostu sprawny, rockowy zespół, który postanowił mocno poflirtować z różnymi odcieniami syntetycznych brzmień, stąd mamy tu kilka różnych tropów, bo jest i synth pop (szczególnie mroczniejszy z okolic DM…), gdzieś (np. w „Sky High”) przemknie delikatne nawiązanie do Nine Inch Nails, pojawiają się triphopowe wątki, zaś najfajniejsze jest to, że im dłużej słuchamy płyty, tym bardziej czuć w tym jednak rockowego ducha. Sztuką jest to, w jaki sposób wszystko ładnie zmiksowano, tak, by nie ginęły i tematy gitarowe, perkusja brzmiała w miarę naturalnie, ale jednak na przedzie pozostawała warstwa elektroniczna. Być może w samych brzmieniach – szczególnie w kontekście poszukującej, krajowej indie-alternatywy – nie doszukiwałbym się jakichś oryginalnych, zaskakujących brzmień, bo jednak Tune to po prostu indie rockowe piosenki, świetnie zaśpiewane i ze smakiem zaaranżowane. Znajdzie się tu i parę prawie przebojowych nienachalnych tematów, choć przyznam też, że im dłużej słucham „III”, tym bardziej doskwiera mi brak języka polskiego. To taka mała sugestia na przyszłość…Tune

VARIÈTÈ – Nie wiem  Historia Variété jest długa i kręta, jednak kończy się całkiem dobrze. Przyznam uczciwie, nie spodziewałem się, że dostanę do ręki tak dobrą i przemyślaną produkcję. Bez niepotrzebnych umizgów w stronę tzw. nowych fanów, w stronę sponsorów, dzięki którym zespół coś tam może (to chyba nagminna bolączka tzw. starszych wykonawców…) czy w stronę… nowoczesności, bo tak jak młódź choruje na retro – wirusa, tak starsi rockmani bardzo często na siłę chcą udowadniać, że umieją w tu i teraz. Płyta Variété jest inna. Przede wszystkim ów nowofalowy chłód został świetnie zamarynowany. Jest, owszem, ale smakuje zupełnie inaczej, nie śmierdzi naftaliną i nie uwiera. Słuchacza i zespołu. Poza tym, zespół postawił na różnorodność. Dzieje się tu dużo i dobrze – jest nowa fala, ale łamana zapętleniem trip-hopu, jest jazzowy feeling, ale sprytnie pomazany mrokiem. Ciężkie basy, owszem, atakują, ale spowite elektroniczną mgiełką. Na pierwszy plan wysuwa się piosenka, jednak na tyle sprytnie aranżowana, by uniknąć banału i jednowymiarowości. Dzięki temu, możemy porzucić prosty odbiór płyty i smakować bogactwo instrumentalne. Jednocześnie jest to płyta z przekazem, bo Grzegorzowi Kaźmierczakowi udało się stworzyć całkiem intrygujący zbiór metafor, z których w głowie utkwiła– zresztą, nie tylko mnie – fraza „wspominać to tak jak umierać”, która staje się czymś w rodzaju motta płyty. Doskonały materiał, choć trzeba do niego mieć dystans, bo jest w nim także szczypta manieryzmu, jednak taki mentalny puder możemy potraktować jako coś w rodzaju aktorskiej pozy. W tym przypadku całkiem oczywistej.Variete

WODA – Woda Gitarzysta Adam Witkowski i perkusista Krzysztof Topolski pod szyldem Woda wstrzeliwują się precyzyjnie we współczesny, alternatywny wymiar improwizacji spiętej klamrą transu. Krążek „Woda” zawiera wszystko, czego potrzebujemy w tym temacie – trochę eksperymentującej elektroniki, sporo zabawy z możliwościami brzmieniowymi instrumentów, solidną dawkę znakomitych improwizacji (najlepiej w „Hydrozabawce”) i transowe repetycje. Taki stan rzeczy kieruje oczywiście nasz wzrok w stronę Lotto, jednak – na szczęście – trójmiejski projekt brzmi i pracuje w zupełnie inny sposób. Przede wszystkim – poszukuje brzmień na innych polach, inaczej rozumie pojęcie „minimalizmu” i odważniej eksperymentuje z samplami, wpadając czasami w awangardowe koleiny („Oblężenie Sopotu), wszystko ma jednak bardzo zdyscyplinowany charakter, dzięki czemu muzyka nie jest przypadkowym zbiorem dźwięków, ale zaplanowanym i precyzyjnie zrealizowanym projektem, w którym w dodatku pozostawiono dużo wolnej przestrzeni dla swobodnych interpretacji. I ta swoboda jest największym atutem Wody, w tym przypadku zbliżając się do wspomnianego Lotto, najlepiej słychać to w świetnych kompozycjach „Plug in the Water” i „Ciernisko”. Ten kierunek jest doskonałym przykładem współczesnego, transowego myślenia o kompozycji i jednocześnie idealnie nadaje się na koncertowe szaleństwa. Przyznam szczerze, że Woda jest jednym z zespołów, które chciałbym zobaczyć w 2018 roku na żywo.a3271130906_10

Arek Lerch