SEDNO SPRAWY – Grudniowe remanenty II

W dzisiejszych rozważaniach z mniejszego czy większego niebytu wygrzebuję płyty, które nie zasługują na zapomnienie, chociaż poszczególne sceny nie odczułyby ich braku – po prostu. Płyty dobre lub bardzo dobre, które jednak, umiejscowione w odpowiednim kontekście, tracą na znaczeniu i kolorycie. Słusznie, czy nie. Moim zdaniem, szczególnie dwie pierwsze pozycje to krążki, o których powiedziano w tym roku stanowczo zbyt mało. Zapraszam więc.

COMEBACK KIDOutsider  To jest naprawdę dobra płyta; rzecz w tym, że w kończącym się roku zachodziły na hardcore’owym poletku zjawiska znacząco donośniejsze. Mowa chociażby o fantastycznym debiucie Higher Power, niejednoznacznym i dzielącym publiczność powrocie Trapped Under Ice, wreszcie: o dziwnej, wysoce odhumanizowanej i wysoce klasowej „Forever” Code Orange. W zestawieniu z tymi wydarzeniami „Outsider” musi nieco zblednąć, nawet, jeżeli jest to krążek lepszy od poprzednika. Coraz głębiej drążący w metalowej estetyce, a przy tym bardziej, niż „Die Knowing”, różnorodny. Chciałoby się rzec, że to właśnie w momentach stricte metalowych ta płyta świeci pełnym blaskiem; przecież breakdown w takim „Absolute” (gościnne występy Townsenda) dosłownie wyrywa z butów. Z drugiej strony – melodyjne zaśpiewy gardłowego nadają tym utworom jakże potrzebnego pierwiastka przebojowości („Somewhere, Somehow”). Jestem gotów zgodzić się z red. Pindorem, że „Outsider” to rzecz bardzo dobrze zbalansowana i w tym balansie właśnie tkwi największa siła tej płyty. Owszem – eksplorują panowie dalekie od macierzy rejony, ale potrafią w tych poszukiwaniach zachować umiar; nie zapominają się zupełnie w ciężarze i sierści. Charakterystyczna dla CBK melodyka jest więc tutaj elementem pozwalającym zachować niezbędną równowagę, nawet, jeśli chwilami – mimo wszystko – irytuje. To dzieło skończone, bardzo przemyślane i… spójne w tym swoim spoglądaniu w różne strony. Pech jego polega na tym, że młodzi, gniewni ekscytują bardziej, bo i odważniej eksperymentują.ck

KADAVARRough Times  Niemcy wydawali mi się zawsze zespołem odrobinę przehajpowanym. Odrobinę – po prostu więcej było w tym wszystkim wciągającej otoczki (wcześniej) i domniemanego potencjału (później), a mniej samej jakości. Jak na ironię, „Rough Times” przemówiło do mnie właściwie przy pierwszym przesłuchaniu. Najpierw zaintrygowało samo brzmienie – tak karykaturalnie „retro”, tak gruboziarniste i przydymione, że chyba nie da się bardziej. Wygląda to wszystko na garażowy debiut, nie na kolejną płytę wydawaną u gatunkowego potentata. Ciekawy smaczek. Owo brzmienie to przeciwwaga samego wokalu Lindemanna, delikatnego i rozchybotanego. Z połączenia dwóch żywiołów powstają naprawdę dobre piosenki – z kontrastowym, pełnym emocji „Vampires” na czele. „Rough Times” jest niewątpliwie krążkiem o wielu odcieniach – dominujący w początkach, monolityczny i rozbuchany ciężar ustępuje z czasem miejsca prawdziwej mozaice barw, w której jest miejsce i na proto-heavy („Words of Evil”), i na bardzo umiejętnie budowaną quasi – balladę („The Lost Child”), i na… francuski smaczek („A L’Ombre Du Temps”). Co najbardziej istotne: i w odcinku ciężkim i gruzowatym, i tym bardziej zamyślonym, płyta przemawia do mnie na poziomie najprostszych emocji. Środki – same w sobie przerysowane – wtłoczone w większą całość tracą na znaczeniu, bo właśnie ta całość jest istotna. Jakiś większy obraz. Nurtuje mnie tylko jedna sprawa: przy okazji wydania „Rough Times” zaczęli Niemcy przebąkiwać, że czasy są ciężkie, a zespoły rockowe raz jeszcze powinny stanąć na czele rewolucji. Nie mnie oceniać ambicje, zastanawiam się jedynie, czy grupie – jakby nie patrzeć – wyrosłej wśród stonerowego getta (i wciąż jedną nogą tam tkwiącej) pisane jest zostać nazwą uniwersalną i ponad podziałami. „Rough Times” pokazuje, że mogłaby. A niechże im się spełni.k

SAMAELHegemony  Interesujące, w jak odmienny sposób słuchacze przyjęli dwa głośne tegoroczne powroty: nie tyle do świata żywych, co… w przeszłość. „Medusa” okrzyknięta została jedną z najlepszych płyt Paradise Lost w ogóle. Nikt nie spodziewał się, że Brytyjczycy sięgną do najgłębszych korzeni, Holmes na powrót zacznie growlować, a całość zabrzmi nie jak sentymentalna wycieczka wstecz, a jak krążek zupełnie ekscytujący i świeży. Jeden z kandydatów do wszelkich muzycznych podsumowań roku. Na drugim biegunie leży Samael i jego „Hegemony”, czyli płyta, na którą nikt niemal nie czekał i nikomu nie była potrzebna, sądząc po tym, jak nagle osunęła się w zapomnienie. Czy słusznie? Nie mam wątpliwości, że nie jest to album klasy „Medusy”. Z drugiej strony… tkwi w tym powrocie i ręka panów od marketingu, i jakaś faktyczna tęsknota za tym, co było. „Hegemony” nie przynosi zmiany radykalnej, i może tutaj należy upatrywać źródeł niepowodzenia. Vorph i spółka dokonali całkiem sensownej syntezy, łącząc ducha ostatnich albumów z tchnieniem wielkiego „Passage”. Całość brzmi spójnie i bardzo poprawnie, lecz nic poza tym. Jakby nie patrzeć – pierwszoplanową rolę odgrywają tutaj niezmiennie rozbuchane orkiestracje, niezdolne dziś do zaskoczenia kogokolwiek. To, co na tej płycie dobre, dzieje się gdzieś z boku, może ukradkiem, kiedy panowie wpuszczają do zatęchłego pomieszczenia trochę powietrza, dają całości odetchnąć i rzeczywiście lekko eteryczny klimat przypominać może „Passage”. To jednak smaczki. O istocie płyty stanowi wszystko to, od czego Samael rzekomo ucieka. Jeżeli jest to powrót, to do „Solar Soul” najwyżej – nic poważniejszego. Może więcej w tych dźwiękach duszy, może więcej faktycznego zła. Co z tego, jeżeli środki pozostają oklepane i z grubsza te same?Hegemony

Adam Gościniak