SEDNO SPRAWY – Groch z kapustą

…czyli mały śmietnik na koniec miesiąca. Tym razem nie będzie tematycznie, ale chaotycznie, do różnych szufladek zajrzymy, węsząc, co tam się dzieje, kto chce zostać Bogiem, a kto wciąż czai się za rogiem. Dla każdego coś miłego, od elektroniki, przez hałasy, impro po czad. Celowo używam słowa, którego nie znoszę, bo „czad” znaczy nic, ale paradoksalnie pasuje i do plastiku jak i huty. Żelaza, nie plastiku.

I startujemy z grubej rury, czyli od stacjonującego w Denver Pile of Priests. Mądre managery reklamują muzykę zespołu jako coś koniecznie dla fanów Pestilence czy Death. Cóż, Pestilence, zważywszy na ogólne zagubienie tego zespołu w ostatnich latach, nie jest dobrą reklamą. Death… tu z kolei może takie porównanie mocno zaszkodzić PoP, bo żeby grać jak Death trzeba urodzić się Schuldinerem, a ten, jak wiadomo, już nie żyje. Zatem… Dostajemy dawkę tzw. średnio technicznego death metalu, ale w rozumieniu sprzed, powiedzmy, dwudziestu lat. Grobowemu growlowi towarzyszy rasowa gitara, tłukąca klasyczne riffy, wyrazisty bas i w sumie prosta perkusja. Owszem, zdarzają się tu momenty bardziej skomplikowane, ale wszystko układa się w standardowy, dobry death metal, jednak odwołujący się do rozwiązań przerobionych przez starszych kolegów, często w bardziej zaskakujących układach. Oczywiście, nie można im odmówić rasowego i osadzonego w ramach gatunkowych mielenia, jednak problem jest taki, że ostatnie dwa lata to wysyp nowej fali death metalowych płyt, które świadczą o pewnym odrodzeniu gatunku, co automatycznie powoduje, że Pile of Priests raczej nie mieści się w czołówce peletonu, ale gdzieś w solidnej trzeciej lidze. Można posłuchać, ale nie spodziewajcie się jakiegoś odkrycia na miarę XXI wieku.PoP

Pozostając w kręgach metalowych, oddalamy się do tulipanowej Holandii, gdzie swoją nową płytę „Summerland” reklamuje Dool. Przyznam, że jest to kolejny przykład muzyki, która może się podobać, ale w zdecydowanie małych dawkach. Przyjmijmy taką opcję, że Dool ma talent, muzykanci wiedzą jak grać i mają określoną, precyzyjną wizję. I to jest fajne, wszystko zależy jednak od perspektywy, bo Dool, osadzając swoje dźwięki gdzieś w okolicach przełomu wieków, stanowi coś w rodzaju konglomeratu brzmień jakie w okolicach 2000r. proponowały tzw. duże stajnie, poszukujące zespołów, co metal uczyniłyby bardziej przystępnym dla niezrzeszonej gawiedzi (część z tych zespołów jest dzisiaj kompletnie zapomniana, a jeśli pozostają żywe, diametralnie zmieniły muzyczny kierunek). Z Dool jest podobny problem jak z PoP – osadzają swój metal w pewnej, określonej przestrzeni i tworzą własną dźwiękową bańkę. Nie wiem, co się dzieje w ich głowach; jeśli robią swoje bo to lubią, ok, ale jeśli są przekonani w własnej, nieprzeciętnej oryginalności to już zdecydowanie gorzej. Wchodząc w szczegóły: stosunkowo prosta, przebojowa muzyka z nowego krążka, czasami wpada w schemat (charakterystyczna instrumentacja zwrotek), momentami jest trochę banalnie i ogólnie pozostaje wrażenie, że zespół stoi w takim rozkroku – grać ambitnie czy przebojowo. Ale można też inaczej: posłuchać płyty jako dobrego podkładu do jazdy samochodem, bez większych nadziei na jakieś wielkie zaskoczenia. Czy słowo „solidny” wystarczy?Dool

No to teraz, dla odmiany udajemy się do krainy Sonic Records. Przyznam to: po paru latach obcowania z nimi, można powiedzieć, że rzeczy, które ta warszawska stajnia dystrybuuje na naszym terenie mają pewna unikatową, wspólną cechę, mianowicie niesamowity klimat nagrań, elektroniczne pejzaże i całą plejadę odjechanych, zatopionych w magicznym świecie wokalistów. Perfume Genius bardzo charakterystyczny dla tej grupy projekt, prowadzony przez  Mike Hadreasa. Kto mnie zna, ten wie, że miewam mocne „zajawki” na jakiś muzyczny styl. Jakiś czas temu wpadłem w dream popowo/szugejzowe klimaty; gdybym wówczas dorwał „Set my Heart On Fire Immediately”, byłbym wniebowzięty, zresztą teraz też płyta sprawia bardzo dobre wrażenie. Mike robi dla męskiej populacji dużą rzecz: udowadnia, że facet też może być delikatny, może mieć momenty „ciche”, no… że jest wrażliwcem nie pogodzonym ze światem po prostu. Płyta brzmi jak wyznania totalnego introwertyka z depresją, którego ciśnie na kozetce psychiatra. No i ten wywala wszystko na zewnątrz, cały swój ból, który wychodzi ze łzami. Ok, może tak jest, może nie, dość, że muzyka jest subtelnie piękna, oparta głównie na oszczędnych, ocierających się o soul balladzichach („Whole Life”, „Jason”, „One More Try”, „Borrowed Light”), znalazłem nawet numer co brzmi jakby wypadł z „Ghosteen” („Leave”). Ale jest tu też trochę mocniejszych dźwięków, np. szugejzowy „Describe”, rewelacyjny, synthpopowy „Your Body Changes Everything”, dream popowy „Some Dream”. Między tym przewijają się optymistyczne piosenki w stylu „On The Floor”, jest dużo dłubaniny w elektronice, najważniejsze jest jednak to, że cały materiał, pomimo faktycznych emocji targających autorem, jest przyjemnie zrównoważony i choć dość długi (13 numerów), nie zerkałem na zegarek. Mike ma dobre rozeznanie w amerykańskim pop świecie i nawet jeśli gdzieś tam można zauważyć pewne klisze, to przede wszystkim jest szacunek za bardzo umiejętnie zmiksowanie tych fascynacji w spójną i przede wszystkim własną wypowiedź. Płyta bardzo dobra na długie i zimne wieczory, w sam raz na lato, bo podobno ma być deszczowe i chłodne (prognoza na dzień dzisiejszy, bo może być dokładnie odwrotnie)…PG

…a jak komuś za gorąco, to proszę: Barrens, szwedzkie trio, co gra instrumentalnego post rocka, gdzieś tam dotykającego późnego post punka. Ogólnie post post a przede wszystkim, północny chłód i ładne, dystyngowane, zawieszone w przestrzeni piosenki z „Penumbra”. Z post rockiem jest tak, że trochę źle się starzeje i coś co parę ładnych lat temu było uważane za awangardę, dzisiaj określa się mianem „nuda”. Barrens na szczęście w miarę sprawnie nudzie ucieka, choć oczywiście nie ma sensu spodziewać się czegoś wybitnie oryginalnego. Dominują podniosłe, mroczne tripy, z których najfajniejszy jest smakujący „divisionowo” „Oracle Bones”, dobrze jedzie „Atomos” napędzany syntetycznym dołem. Pojawia się nieco elektroindustrialny „Shifter” i te mocniejsze tematy są przeplatane rozbudowanymi, elektronicznymi pejzażami („Grail Marker”, „Umbra”, „Penumbra”) W sumie, udało się tej ekipie dość sprawnie umknąć stylistycznym koleinom, czego zespół dokonuje za pomocą dobrego balansowania klimatycznymi przestrzeniami, bez popadania w jakieś instrumentalne, techniczne zawijasy.Barrens

Ewenementem w tym towarzystwie jest niewątpliwe Secrets of the Moon. Głównie dlatego, że mają w cudowny sposób wywalone na to czego może oczekiwać publika. Zaczynali od black metalu, przyglądali się post punkowi (umownie rzecz ujmując) a skończyli w klimatycznym, gotyckim dołku, który akcentowany był już na  „Sun”. I w sumie, patrząc na anturaż, w tej niszy pasują mi najbardziej, co nie znaczy, że jestem w stanie z dużym entuzjazmem szaleć przy ich nowej płycie. Najpierw plusy: dbałość o wizerunek i oprawę płyt. Przyznam, że te wcześniejsze, metalowe albumy SotM, choć słuchać ich już nie jestem w stanie, gdzieś tam trzymam bo są po prostu pięknie wydane, prawdziwe dzieła sztuki. To jest też sygnał, że zespół, jakby nie patrzeć, przykłada się do swojej roboty i jeśli już coś daje, to jest to dzieło najwyższej próby. Dla młodego fana będzie to pełne emocji wejście w inny świat, świat kreacji, tajemnicy i mroku. Z drugiej strony, to wszystko powoduje, że od razu chce mi się kpić z tego całego teatrzyku i wyszukanych, barokowych zawijasów wizualnych. Nie piszę o muzyce z „Black House”, bo w zasadzie nie ma się nad czym rozwodzić. Secretsy całkowicie odpuścili metal, przestudiowali płyty The Mission i grają rockowy, podniosły, mroczny, tajemniczy, uduchowiony, katedralny w zadęciu gotyk, stawiający w pierwszej kolejności na melodię. Nie, na MELODIĘ. I tu z kolei przypomina mi się sławna anegdotka o jedzeniu kremówek. Czyli, po której z kolei się porzygamy. Znowu mamy do czynienia z płytą, która albo będzie dawkowana w małych ilościach, albo będzie służyć jako podkład do tzw. czynności niezobowiązujących.Secrets of the Moon

Off, pojechałem, zatem trzeba napisać o czymś, co wzbudziło moje uznanie, czyli nieprzewidywalny, szalony skład tētēma Dla wyjaśnienia: zespół założył Anthony Pateras przy udziale Mike’a Pattona. Od czasu debiutu z 2014 roku zmieniło się sporo – na nowej płycie pojawiają się dodatkowi muzykanci – skrzypaczka  Erkki Veltheim oraz perkusista Will Guthrie. „Necroscape” to paranoiczny dziennik ludzi poszukujących, w sumie, nie wiem do końca czego, bo rozkładając muzykę na czynniki pierwsze, znajdziemy tu dosłownie wszystko co przychodzi do głowy: cała masa dronów (wałek tytułowy, „Cutlass Eye”, „Milked on Million czy „Sun Undone”), noise („Haunted On The Uptake”), dziwaczne elektro („Soliloquy”), dużo improwizacji i transu, jednak wszystko jest tak pocięte, że do końca nie wiadomo, jak wyglądała sesja. Czasami mam wrażenie, że muzycy po prostu weszli do studia i nagrali dosłownie to, co w tym dniu siedziało im w głowach, zresztą, udział Pattona jest tu przecież dobrym wyznacznikiem. Jeden wielki eksperyment, który może być próbą ogarnięcia tego co w ambitnej i raczej trudnej muzyce dzieje się obecnie (i w ciągu ostatnich lat…), choć żałuję ciutkę, że nie poszli w stronę nieco etnicznych transów. Bo zdarzają się na tej płycie momenty prawie magiczne – mój ulubiony to „Wait Till Mornin” – to taka transowa podróż przez bałkańską muzykę ludową. Kawałek kojarzący się z jakimś mrocznym rytuałem wciąga od pierwszych dźwięków ładnie prowadzonego basu. Zdecydowanie najlepszy moment na płycie, tuż za nim idzie „All Sings Uncensored” z zajebistymi perkusjonaliami, zresztą, muszę przyznać, że to właśnie robota Willa Guthrie jest najjaśniejszym punktem płyty. Płyty trudnej, wymagającej, do krwi eksperymentalnej i momentami idącej nie wiadomo w jakim kierunku. Zapis chwili i stanu umysłów? Zdecydowanie tak, i jako swoiste, intelektualne wyzwanie należy krążek traktować. Pytanie, czy jest to wyzwanie bardziej dla muzyków czy słuchacza.tētēma

Arek Lerch