SEDNO SPRAWY – Dwie solówki i jeden zespół

Jeszcze chwilę temu strzelały korki od szampana, dopiero co świętowaliśmy nadejście nowego roku, a tu już końcówka lutego. Postanowiliśmy więc z kolegą Adamem pogadać co nieco o kilku płytach, które ukazały się w 2019. Tym razem na tapetę wzięliśmy dwa projekty solowe i jeden zespół… Ale za to jaki!

JOHN GARCIA – John Garcia and The Band Of Gold

Paweł: Co tam u Garcii? Podobno rozmawiałeś z nim niedawno.

Adam: Zgadza się. Wyniosłem z tej rozmowy BARDZO dwuznaczne wrażenie – z jednej strony, wiadomo, legenda, maczająca palce w nagraniu dziesiątek ważnych dla sceny stonerowej płyt. Plus ten amerykański, południowy luz rozmówcy, który nie pozwala przerodzić się wymianie zdań w totalne gówno. Z drugiej – porównując do rozmowy np. z Brantem Bjorkiem sprzed dwóch lat, mogę powiedzieć, że perkusista, który ma powody, by być bardziej sfrustrowany i niepogodzony z tym, jak to wszystko się potoczyło (w końcu to on wymyślał brzmienie Kyuss, a dzisiaj gra muzykę naprawdę niszową, dla zapaleńców), zachował w sobie ten „wewnętrzny ogień”. Garcia tego ognia nie ma. Nieważne, czy zapytasz go o nowe, czy stare nagrania (choć to jeszcze bardziej grząski grunt…), z odpowiedzi przebija postawa w rodzaju: muzyka jest dobra, kiedy jest graniem z kumplami w garażu. Najlepiej połączona z grillem. Cała reszta; kontakty z mediami, czy trasy, to uciążliwy obowiązek. W taki oto delikatny sposób John dał mi do zrozumienia, że wolałby te pół godziny przeznaczyć na odrabianie pracy domowej z synem, niż na rozmowę z jakimś dziennikarzyną z Polski.

Paweł: John Garcia chyba nigdy nie był nadzwyczaj medialny – cały ten konflikt z Homme i Reederem wokół Kyuss Lives!, mocno przez media rozdmuchiwany, mógł to jeszcze pogłębić. Cóż, jestem w stanie zrozumieć to zmęczenie muzycznym biznesemñ a rozmowy z dziennikarzami mogą być dla niego męczące szczególnie, bo – jak zgaduję – większość wypytuje też o Kyuss i wspomniany konflikt.

Adam: To prawda. Na pewno godna uznania jest postawa głośno mówiąca o rodzinie i pracy w klinice weterynaryjnej jako o życiowych priorytetach; w “rock’n’rollowym” światku to szczerość raczej niespotykana. Mimo wszystko, przebąkiwanie o zakończeniu kariery i wypaleniu to już nakręcanie małej dramy. Tym bardziej niepotrzebnej, że “John Garcia & The Band of Gold” to jest naprawdę dobra płyta. Nie najlepsza w karierze, ale – po wyjęciu z kontekstu – pewnie i tak aspirująca do najlepszych stonerowych wydawnictw ostatniego czasu. Co klasa, to klasa.

Paweł: Wiesz, może też nie ma co wyciągać daleko idących wniosków z twojej rozmowy. Może akurat miał kaca/bolała go głowa/wkurzył go ktoś z wytwórni i był w gorszym nastroju. Trudno powiedzieć. No a płyta jest rzeczywiście bardzo udana. Cholera, wokal Garcii wciąż ma tę moc. Szkoda by było, gdyby gość przestał nagrywać.

Adam: Akurat temat zakończenia kariery wyszedł dużo wcześniej i jest poruszany przez niego w każdej kolejnej rozmowie; Garcia jest podobno sfrustrowany procesem nagraniowym tej płyty, który zjadł zbyt wiele czasu, nerwów i generalnie przewrócił jego życiową równowagę, którą tak ceni. Ale już odchodząc od rozmów o dorobku wokalisty, bo pewnie moglibyśmy o tym mówić cały dzień – tak, to jest dobra płyta, i tak, przede wszystkim ze względu na wokale. Kompozytorsko… bywa różnie, ale Garcia naprawdę błyszczy i jestem skłonny powiedzieć, że to jedna z jego najlepszych technicznie płyt. Jakby nie tyle dobrze się starzał, co wciąż rozwijał. Garcia

Paweł: Jak tak sobie słucham większości młodych, zdolnych zespołów stonerowych to stwierdzam, że nie przykładają one szczególnej wagi do wokalu. Skupiają się na riffach i klimacie; i to raczej warstwa instrumentalna jest najmocniejszą oraz najbardziej wyeksponowaną ze stron. Tutaj jest odwrotnie – to Garcia ciągnie resztę zespołu do przodu. Można by powiedzieć, że to taki stroner à rebours (śmiech).

Adam: W sumie nie może być inaczej, kiedy to jest tak naprawdę JEGO projekt. Jak wspomniałem, numery na tej płycie są czysto muzycznie zróżnicowane – od bardzo udanych, pędzących jak Slo Burn, po generyczne, ograne po stokroć motywy, które w innych okolicznościach nie miałyby szans się obronić. Tutaj broni ich Garcia, własciwie można nawet przyjąć, że uwierająca czasem prostota kompozycji ma na celu pozostawienie większej ilości miejsca wokaliście. A ten chwilami udowadnia, że powinno się go postrzegać jako nie jednego z najlepszych w stonerze, a w ciężkiej muzyce jako takiej. Może właśnie ze względu na to wyeksponowanie linii Garcii, dopiero przy tej płycie dotarło do mnie, jak wielki to wokalista.

Paweł: Garcia na tej płycie swoim głosem się bawi. Nie kojarzę, żeby kiedykolwiek wcześniej nagrał kawałek w tak wysokich rejestrach jak „Popcorn (Hit Me When You Can)”. I zgadzam się z Tobą, że ratuje kilka numerów – choćby „Chicken Delight”.

Adam: Mimo wszystko, kilku numerów nawet jemu nie udaje się odratować – mam na myśli „Jim’s Whiskers” czy „Kentucky II”. Z powodu braku spójności nie można tej płyty ustawić obok nagrań Hermano czy Unida. Skupmy się jednak na plusach – jakie są twoje ulubione momenty tego krążka?

Paweł: Mnie najbardziej podoba się końcówka płyty – a konkretnie trzy ostatnie numery. Brzmią inaczej, są mniej generyczne, a przy tym jakby zagrane z większy powerem (wyłączajac „Softer Side” bo to – jak sama nazwa wskazuje – ballada). A u Ciebie jak to wygląda?

Adam: „My Everything” i „Lilianna”, bo swoim masywnym, brudnym brzmieniem przypominają mi ep-kę Slo Burn. No i mają świetne refreny. Poza tym, zgadzam się co do końcówki płyty – zwolnienia w „Cheyletiella” to chyba najmocniejsze momenty całego krążka, a „Softer Side” w zasadzie… mógłby być pożegnaniem. Kiedy Garcia wchodzi w te histeryczne – w dobrym tego słowa znaczeniu – rejestry, czapka sama schodzi z głowy.

BRING ME THE HORIZON – Amo

Adam: Można się zastanawiać, dla kogo tak naprawdę jest dzisiaj Bring Me The Horizon. Bo swój fanbase coraz bardziej dołują kolejnymi eksperymentami, dla metalowców są zbyt hipsterscy, a dla hipsterów… zbyt metalowi, bo chyba zawsze, gdy ciężki ongiś zespół idzie w zupełnie inne rejony, pojawiają się zarzuty o koniunkturalizm, a jednocześnie: niezrozumienie użytych środków. Bo przecież są artyści, którzy popem czy elektroniką zajmują się od zawsze, i w czym ci metalowcy mieliby być od nich lepsi? W każdym razie, to niezdecydowanie, paradoksalnie, pokazuje, że BMTH mogą być zespołem dla wszystkich. Pokoleniowym. Takie przynajmniej ambicje zdradzają na „amo”.

Paweł: Wiem, że to na pewno nie zespół dla mnie. (śmiech) Przyznam, że zaskoczyłeś mnie proponując rozmowę o Bring Me The Horizon. Dawno temu słuchałem trochę tego zespołu i wrażenia miałem jak najgorsze. Prawdę mówiąc od dawna nie sprawdzałem co tam u nich – a chyba nadal są bardzo popularni. No i to zaskoczenie, połączone z ciekawością, ale i przerażeniem przerodziło się – już po przesłuchaniu „amo” w ulgę. Tzn. wyobrażenia oparte na odległej już w czasie lekturze kilku/kilkunastu ich piosenek były znacznie gorsze od rzeczywistości. Nie powiem, żebym odczuwał nie wiadomo jaką przyjemność z obcowania z tym krążkiem, ale dało się to znieść i nawet potrafię wyłuskać kilka fajnych momentów. Generalnie – naprawdę nie najgorsza muza, chociaż zupełnie nie w moim guście.

Adam: Rozumiem, ale co to tak naprawdę znaczy „nie moja muza”? Jest w tym materiale coś, co cię mierzi, czy po prostu ta uniwersalność i różnorodność brzmieniowa nie pozwala ci „amo” oswoić czy się z nią utożsamić? Mówiąc o zespole pokoleniowym, nie miałem zresztą na myśli zasłuchiwanie się w BMTH do porzygu, raczej to, że są (a w przyszłości będą jeszcze bardziej) uniwersalni, skrojeni zarówno do radia, na areny, jak i dla bardziej „osłuchanego” odbiorcy, bo to jednak nie jest muzyka niewymagająca absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego.

Paweł: Wszystko jest tu dla mnie zbyt cukierkowe i wygładzone – od głosu wokalisty (no niby ładnie chłopak śpiewa, ale ja nie słyszę w jego głosie charyzmy, nie ma tam niczego, czym by się wyróżniał), przez melodię, aż po brzmienie krążka. I właśnie to mnie najbardziej w tej płycie mierzi – że jest tak „idealna”. BMTH-–-Amo-Functional-mid-res

Adam: Rysą na szkle w tej „perfekcji” są piosenki po prostu nieudane – nie dlatego, że zbyt odważne, niezrozumiałe, a po prostu nudne – jak „fresh bruises” czy „mother tongue”. Co do tej cukierkowości materiału, wszystko zależy od tego, czego oczekujesz od piosenki. Jeżeli jest dobrze napisana, dlaczego nie dać jej wybrzmieć, zamiast brzmieniowo brudzić? Rozumiem twój punkt widzenia, ale nie do końca się z nim zgadzam. Zresztą, taki „nihilist blues” potrafi wyprowadzić z równowagi. Pewnie, jest przebojowy, mocno klubowy, ale wcale nie bezzębny.

Paweł: Doceniam przebojowość, doceniam umiejętne (w większości) łączenie gitar z elektroniką, eklektyzm i eksperymenty, przyznaję, że jest tu kilka dobrze napisanych piosenek (wspomniane przez ciebie „nihilist blues”, ale też „sugar honey ice & tea, czy „i don’t know what to say”) ale ta muzyka zwyczajnie nie budzi we mnie większych emocji. Wchodzimy tutaj na pole upodobań i prywatnych preferencji. Abstrahując od tego – zgadzam się, że to muzyka „pokoleniowa” i uniwersalna. Wydaje mi się też – ale to tylko moje luźne obserwacje –  że BMTH może być, a prawdopodobnie już jest zespołem, który wprowadza młodszych słuchaczy w bardziej świadome słuchanie cięższej muzyki. Widzę to po niektórych osobach z mojego otoczenia, nie wiem na ile reprezentatywna jest ta próba.

Adam: Coś w tym jest, ale mowa raczej o ludziach, którzy śledzą z BMTH od początku, i w pewnym momencie po prostu zostają w ciężkim graniu, podczas gdy zespół ewoluuje dalej. Takie zasługi są niezaprzeczalne, podobnie jak odkrycie dla świata – także pochodzących z Sheffield – While She Sleeps, moim zdaniem najlepszej dzisiaj kapeli zajmującej się nowoczesnym metalem. Wracając jednak do „amo” – nie podobają ci się najcięższe na płycie „wonderful life” i „MANTRA”? Już doszliśmy do momentu, w którym Bring Me The Horizon najciekawiej brzmią w swoich eksperymentach, nie w nawiązaniach do korzeni?

Paweł: Moim zdaniem tak, lepiej by było gdyby już na całość poszli w te eksperymenty. „MANTRA” ma jeszcze całkiem fajny groove, ale „wonderful life” poza ciężkością (o ile ową ciężkość można uznać za wartość samą w sobie) nic nie oferuje – tam nawet melodia jest totalnie nijaka.

Adam: Tutaj się nie zgodzę, bo moim zdaniem „wonderful life” to jeden z jaśniejszych punktów tej płyty. Co ciekawe, te dwa numery zostały opublikowane jako pierwsze single z „amo”, co może być dyskretnym sygnałem, że mimo wszystko BMTH najpewniej czują się wciąż w gitarach. Nie wiem, czy chciałbym, by „określili się” jako zespół nie-gitarowy. Ta płyta, mimo że pozornie niezdecydowana, dobrze wychodzi na swoim eklektyzmie.

RUSTIN MAN – Drift Code 

Paweł: No to czas na Paula Webba, byłego basistę Talk Talk, znanego pod pseudonimem Rustin Man. Jako że była to moja propozycja, to pozwolę sobie zapytać o ogóle wrażenia po lekturze płyty. Podobało się?

Adam: Podobało się. Mam wrażenie, że to jest taka płyta, która szkody uczynić nie może, tzn. nie ma czym słuchacza odrzucić. Albo fascynuje, albo zostawia z uprzejmą obojętnością. Ja jestem gdzieś w połowie drogi, ale naprawdę doceniam klimat, który wytwarza „Drift Code”.

Paweł: Jestem w stanie sobie wyobrazić, że może kogoś ta płyta odrzucić „smęceniem” – bo wszystko tutaj rozkręca się bardzo powoli, nie dzieje się zbyt wiele, brak efekciarstwa, no i wokal Webba jest specyficzny. Nie wiem czy też to słyszysz, ale mnie się skojarzył z późnym Davidem Bowie.

Adam: Jasne, zgadzam się z tym skojarzeniem. Co do „rozkręcania się” – powiedziałbym, że puls tej płyty jest raczej jednorodny, niekoniecznie narasta ku czemuś, chociaż faktycznie jest kilka momentów wychodzących przed szereg i bardziej rozkrzyczanych. Podoba mi się metka „pastoral pop”, którą ktoś przyczepił do „Drift Code”. Wydaje mi się, że dobrze oddaje spokój, bezpretensjonalność i – w dobrym tego słowa znaczeniu – zaściankowość tej muzyki. Bez wielkich ambicji.

Paweł: Tak, „pastoral pop” to ładne określenie. Bo generalnie nie jest łatwo tę muzykę jednoznacznie zaszufladkować – trochę folk rock, trochę King Crimson, gdzieniegdzie (choćby w „Judgement Train”) pobrzmiewa blues, no i ten Bowie… Początkowo zupełnie nie rzuciło mi się to w uszy, ale po pierwszych taktach „Brings Me The Joy”, które też muzycznie późnego DB przypomina, doznałem olśnienia. Masz jakiś ulubiony moment na płycie?Rustin Man Drift Code cover

Adam: Chyba „Martian Garden”, taki punkt kulminacyjny tej płyty, który nie wybucha może szczególnie ekstrawagancko – to byłoby w poprzek filozofii „Drift Code” – ale mimo wszystko da się odczuć, że użyte środki zostały spuszczone ze smyczy, że jest w tym uciekające napięcie, które zbierało się przez wszystkie wcześniejsze minuty.

Paweł: No ja powiem ci, że mam duży problem z wytypowaniem jednego jedynego kawałka. W momencie, w którym piszę te słowa, leci właśnie Light the Light i chyba do niego czuję największą miętę. Jest nieco odmienny od reszty płyty, bardziej rubaszny, trochę w stylu Toma Waitsa.

Adam: „Light the Light” także zapadł mi w pamięci. Podobnie „Judgement Train”. Niewiele tutaj czysto piosenkowych struktur, dlatego z miejsca wyróżniają się spośród całości. Doceniam eteryczną, folkowo-progową atmosferę tej płyty, ale w głowie zostają raczej te bardziej dookreślone momenty.

Paweł: O ile w przypadku Garcii i Bring Me The Horizon można było wyciągnąć takie typowe singlowe kawałki, tak tutaj o to trudno. Bo to taka płyta, w którą trzeba się trochę wczuć, załapać ten specyficzny klimat.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek