SEDNO SPRAWY – Czarno, szybko, szybciej.

Przed Wami kolejne trzy albumy, które na naszych łamach nie doczekały się pełnoprawnych recenzji, a o których nie tyle wypada, co trzeba wspomnieć. Będzie o black metalu nowoczesnym, black metalu old schoolowym i… nie o black metalu. Zapraszam.

Trzypłytowa epopeja może przerazić. I rzeczywiście – „Triangle” Schammasch to album nie tylko długi, ale również wymagający. Z pewnością nie jest to muza dla każdego i wbrew pozorom nie determinuje tego tylko długość tego kolosa. Szwajcarzy nagrali wydawnictwo, które jest niezwykle blisko bardzo częstej ostatnio bolączki metalu, jaką jest przeintelektualizowanie, jednak udało im się chyba uniknąć zarówno przerostu formy, jak i treści. Balansują co prawda0005038346_10 bardzo blisko krawędzi, jednak na całe szczęście nie stawiają tego jednego kroku za daleko. Z każdym kolejnym kawałkiem na „Triangle” black metalu jest coraz mniej i – co ciekawe – wychodzi to muzyce tylko na dobre. Im dalej Szwajcarzy oddalają się od blastów i ciężaru, tym stają się ciekawsi i bardziej intrygujący, by wreszcie, na samym końcu, zatopić się w rytualnych, plemiennych pejzażach. To właśnie na trzeciej płycie Schammasch wciąga najbardziej, zastępując co prawda bardzo dobry, ale jakby skrojony na miarę black metal muzyką znacznie bardziej organiczną. Mimo to, największą bolączką „Triangle” jest chyba zbyt duży nacisk położony właśnie na aspekt wykonawczy – innymi słowy, album brzmi raczej jak dzieło sprawnego rzemieślnika niż artysty. Brakuje większej ilości emocji, która przebijałaby się ponad wyrachowanie i przemyślaną od A do Z koncepcję. Mimo to „Triangle” to jedno z bardziej odważnych, metalowych wydawnictw zeszłego roku i pominięcie go jest po prostu błędem.a0568689905_10

Podobnie trzeba określić „Bloodshed Across The Empyrean Altar Beyond The Celestial Zenith” weteranów z Inquisition. Okej, tegoroczna propozycja Kolumbijczyków (od dawna jednak mieszkających w USA) nie próbuje Inprzełamywać gatunkowych barier, jak czyni to „Triangle”, podobnie trudno doszukiwać na tym albumie szczególnej innowacyjności. To naznaczony chamskim wręcz old schoolem black metal, który momentami brzmi jak żywcem wyjęty z Norwegii lat 90. I choć „Bloodshed Across The Empyrean Altar Beyond The Celestial Zenith” jest ewidentnym hołdem złożonym przede wszystkim Immortal, słychać, że panowie mimo wszystko trzymają rękę na pulsie i nie chcą pozwolić, by ich muzyka była tylko swego rodzaju skansenem. Przemycają do swojej twórczości nawet sporo melodii i swoistej chwytliwości, potrafią zagrać pięknie dysharmonicznie, a nawet zaskoczyć riffem w stylu Mgły. Wszystko to sprawia, że najnowszy album Inquisition jest świetnym przykładem, jak powinien brzmieć album tyleż klasyczny, co nowoczesny, a przy tym zupełnie nie wpadający w hipsterkę.a0472586567_10

Utrzymujemy egzotyczny kierunek, jednak tym razem przeniesiemy pod zupełnie inną szerokość geograficzną. Przyznaję, że sceny grindcore’owej raczej szczególnie nie śledzę, jednak niezwrócenie uwagi na „Voices” WormrotW byłoby najzwyklejszym grzechem zaniedbania. „Voices” to album cholernie wściekły, agresywny, pełen typowych dla grindcore’a patentów, ale przy tym całkiem odważnie czerpiący z black metalu. Fakt, są to raczej pojedyncze nawiązania – zagrane gdzieniegdzie tremola czy próby przemycenia ogólnej atmosfery – niemniej wpływają one bardzo sugestywnie na odbiór krążka. Warto przy tym zaznaczyć, że w pędzącym na łeb, na szyję „Voices” znajdzie się też miejsce na utwór co najmniej tak chwytliwy (żeby nie powiedzieć – przebojowy) jak tytułowy z „You Will Never Be One Of Us” Nails. Mowa oczywiście o „Fallen Into Disuse” – jeśli nie słyszeliście, polecam sprawdzić. Definiuje on zresztą świetnie cały album, który, choć chwytający się prostych, znanych dla gatunku rozwiązań, niesie ze sobą coś świeżego.Voices

Tym samym – choć wciąż jest mnóstwo zeszłorocznych płyt wartych uwagi, o których nie napisaliśmy choćby słowa – kończymy tę krótką serię. I tak zabraknie życia, żeby to wszystko przesłuchać.

Michał Fryga