SEDNO SPRAWY – Cały ten jazz

Jazz już na dobre zagościł na naszej stronie, co może dziwić, ale kto stoi w miejscu, „się nie rozwija”. Nie zapominając o bardziej hałaśliwych tworach, które zawsze w sercu pozostaną, zagłębiamy się w tę fascynującą niszę, jaką jest krajowy jazz, coraz częściej bratający się z alternatywą, nie stroniący od eksperymentów, a co najważniejsze – zawsze zabierający słuchacza w fascynujące wycieczki. Dzisiaj trochę tradycji od New Bone, rozpierduchy od Diomede (z Michałem Zemlerem), rozbuchane frazy od Anomalia a na koniec, sięgając jeszcze do ciągle zaskakującego roku 2019, nieco haniebnie przeoczona płyta kwartetu Mełech/Majewski/Królikowski/Buhl. 

New Bone (CM Records) to przedstawiciel klasycznego odłamu jazzu europejskiego, a w zasadzie trafniej byłoby powiedzieć – jazzu polskiego, bo dźwięki jakie preferuje kwintet są na wskroś przesiąknięte tym naszym, nadwiślańskim duchem. I, co pewnie kogoś zdziwi, nie pojawi się porównanie do „Slavic Spirits”, bo w muzyce New Bone nie ma tej słowiańskiej mgiełki, są raczej opary jazzowych klubów z lat 70 i 80. Są echa naszych wielkich improwizatorów, jest melodia, jest bardziej dystyngowane, a nie szaleńcze improwizowanie. Ale po kolei, bo kontekst jest tu zdecydowanie istotny – w 2015 roku zmarł Jan Kudyka, trębacz, lider legendarnego, krakowskiego składu Jazz Band Ball Orchestra. Tomasz, jego syn, także trębacz i szef New Bone, nie ukrywał, że ciężko przeżył śmierć ojca, swojego mentora, z którym łączyły go głębokie relacje. Jak sam mówi, płyta powstała z tęsknoty i jest wyrazem poniekąd hołdu dla Jana Kudyki i prezentowanego przez niego tradycyjnego spojrzenia na jazz. Taki kontekst wyjaśnia charakter płyty, zresztą, wkładka i zawarte w niej informacje są na tyle bogate, że dużo lepiej niż niniejsze słowa ustawiają spojrzenie na skomponowaną muzykę. Tradycja jest kluczem, fascynacja bebopem, granymi unisono partiami dęciaków i kunsztowną aranżacją słyszalna w każdym momencie krążka. Klasyczna dbałość o melodykę i harmonie dominuje nad charakterystycznym przecież dla jazzu duchem improwizacji. Ta ostatnia, owszem, jest, ale zaprzęgnięta w ramy konstrukcyjne utworów, słyszalna szczególnie w tych dłuższych wypowiedziach – „Nanga Parbat” czy „Blufes”. Jeśli ktoś jednak myśli, że to przykład jazzu statecznego, może mierzyć się z „Heritage”, gdzie momentami zespół zrywa się z łańcucha i dźwięki stają się co najmniej nerwowe. New Bone należy do grup, które omijają modny minimalizm, nie interesują się – choć techniczne mogą wszystko – eksperymentami. Tworzą muzykę, która płynie, lubią się „wygrać” i czuć w tym radość ze wspólnego jamu. Kolejnym elementem, który może spodobać się nawet słuchaczom spoza tzw. kręgu jazzowego, jest piękny flow tych kompozycji – wszystkie partie zagrane są z niesamowitym luzem, genialnym wyczuciem swingu i emocjami. Dobra, dość, posłodziłem, spróbujcie sami popłynąć razem z „Longing”. Dwie uwagi na koniec – na płycie zamieszczona została kompozycja Jana Kudyki („Head Dizziness”), poza tym, zwróćcie uwagę na okładkę, świetnie nawiązującą do grafik zdobiących płyty jazzowe i bluesowe w latach 70. czy 80.new bone

Diomede (Audio Cave) czyli Grzegorz Tarwid (klawisze) i Tomasz Markanicz (saksofon) skumali się z perkusyjnym erudytą Hubertem Zemlerem i nagrali płytę „Przyśpiewki”. I to jak nagrali. Pozornie dużo łączy ich z powyższym New Bone, bo tu też czuć powiew tradycji, jest dużo klasycznie/ludowo wręcz brzmiących melodii, jednak podstawa wykonawcza i perspektywa pozostaje dużo bardziej otwarta, wykraczająca poza ramy jazzowego standardu. W nowych kawałkach po prostu więcej się dzieje. Część z nich pochodzi jeszcze z początku naszej działalności, a inne zostały napisane specjalnie pod Huberta. Podczas pracy nad tym albumem staraliśmy się uniknąć schematycznego podziału na temat i improwizację – komentuje Tarwid i te słowa w jakimś sensie wyjaśniają niezwykłą intensywność muzyki. Podstawą jest tu improwizacja, momentami szaleńcza, wesoło burząca schematy, choć na początek zespół ustawia utwór może i nawet nie pasujący do reszty, czyli „Agnieszkę z Malborka”. Takie łagodne wejście pewnie jest potrzebne, by nie dostać zawału. To co dzieje się w kolejnych minutach to prawdziwe zerwanie się ze smyczy. „Leje”, „Nordic Walking” czy „Dzika owca” pokazują, że coś takiego jak reguła dla tych muzyków nie istnieje. Czuć w tym ducha dawnych, spontanicznych jamów, czegoś wręcz ostatecznego i te rozbuchane dźwięki napędzane szaleńczym bębnieniem Huberta zestawiamy z pięknie medytacyjnym „Sherwood 13”, który być może ma w sobie coś z post rocka a może nawet transu. Prawdziwy kunszt objawia się jednak w „Sonacie”. To tutaj, poważniejąc, trio bierze na stół sekcyjny tradycyjny, polski jazz, a następnie rozbiera go na kawałeczki i składa z niego coraz bardziej dadaistyczny obrazek. Jeśli jest coś takiego jak muzyczna arogancja, to ten utwór jest jej najlepszym świadectwem. Pisałem wyżej, że New Bone to zespół, który lubi się „wygrać”. Dokładnie tak samo jest z Diomede, tyle, że muzycy czynią swoje harce, najpierw wypychając same kompozycje poza nawias tradycji i dopiero na innym, niczyim/neutralnym polu, rozwijają skrzydła. Ciekawie to wypada, bo choć cały czas słychać ten klasyczne zacięcie, to efekt prac Diomede jest ustawiony w teraźniejszości muzyki jazzowej i w jakimś stopniu pokazuje jej przyszłość. A przynajmniej fragment takowej…diomede-feat-hubert-zemler-przyśpiewki

W ostatnim numerze NOISE pisałem o Kwaśnym Deszczu, czyli składzie, który wyewoluował z formacji Anomalia (Multikulti), podobnie jak Błoto z EABS. Trzeba zatem przyjrzeć się macierzystej formacji Kwaśnego Deszczu, bo to kolejna pozycja, która przechodzi ciut bez echa, choć na taki stan rzeczy absolutnie nie zasługuje. Skład potężny, bo aż siedem osób, mnóstwo dęciaków i po raz kolejny dużo długich, rozbudowanych kompozycji. Można powiedzieć, że Anomalia jest urzeczywistnieniem naszych muzycznych marzeń. Na pewno, jeśli chodzi o aspekt czerpania przyjemności z grania i grania tego co sprawia nam przyjemność. Innymi słowy gramy tylko to co czujemy. Nie idziemy na kompromisy ani względem słuchaczy z ‚wyrobionym’ muzycznym uchem ani względem laików. Wierzymy, że to jedyna droga do sukcesu. Ta przygoda trwa już od czterech lat. Każdy z nas skomponował kilka utworów, które jeszcze wtedy powstawały jako twór nieskażony długoletnimi przemyśleniami na temat istoty muzyki, zagadnień technicznych czy wykonawczych. To było i jest granie prosto z serca. Oprócz chęci przeżycia przygody, chcieliśmy grać muzykę nieskrępowaną zasadami, wyzwoloną od ram akademickich. Wszyscy jesteśmy fanami eksperymentu, ale też nie lubimy robić rzeczy na siłę, żeby coś komuś, albo sobie udowodnić. Nasza muzyka mogłaby spokojnie spełnić rolę soundtracku do filmu, ale jest w niej też dużo elementów ‚niesamowitości’, zwrotów akcji, elementów zaskoczenia, niecodziennych rozwiązań – komentuje dla naszego magazynu poczynania swojego zespołu saksofonista Kacper Krupa. Co zatem znajdziemy na płycie? Długie, free jazzowe loty, szczyptę Ornette Colemana oraz całą masę dęciaków, tworzących klimat tej płyty (że przytoczę choćby „Polskę” Damasiewicza, w podobny sposób wykorzystującą potęgę trąb). To kolejna płyta, gdzie mamy szalony natłok dźwięków, a najciekawiej robi się w momentach, kiedy wszystko eksploduje w pozornie niekontrolowanym szaleństwie. To trochę awanturnicza muzyka, nieuczesana, ale w bardzo pociągający sposób. No i szacunek za okiełznanie tak dużego składu samych indywidualności. Polecamy.Anomalia

A na koniec płyta, która oficjalnie pojawiła się w I poł 2019 roku; być może to przesada pisać o tym składzie w maju, ale trzeba też jasno powiedzieć, że został haniebnie pominięty (jakoś nie przypominam sobie zbyt wielu recenzji), choć w kontekście alt jazzu, otwarcie flirtującego z awangardą, jest to dzieło znakomite. Rzut oka na skład i parę kwestii się wyjaśnia. Najbardziej znany jest (przynajmniej niżej podpisanemu…) perkusista Jacek Buhl, ale też nie ma w tym składzie osób przypadkowych. Zamieszczam tych klika słów głównie dlatego, żeby ustawić jakiś kontrapunkt dla pozostałych płyt. Jazz na płycie „Kwartet” (Plexus of Infinity) brzmi jak cała masa zderzających się cząsteczek, pozostających w nieustannym ruchu. Jeśli ktoś przyswoił sobie album „God’s Body” (Jachna/Mazurkiewicz/Buhl), może mniej więcej wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Ze skojarzeniami, strzępami rytmów, brzmień, pojedynczych zagrywek. Z totalną zabawą dźwiękiem i odkrywaniem nowych możliwości dla instrumentów. To prawdziwie fascynująca przygoda, choć – w kontekście chociażby Diomeda – wymagająca zdecydowanie więcej wkładu własnego, przestawienia z myślenia analitycznego na przeżywanie obrazów, jakie muzyka potrafi budować. Nie daję gwarancji, że będzie to doświadczenie błyskawiczne, ale nic lepszego od trudnych płyt prawdziwego melomana nie może spotkać. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że taka muzyka może prowokować odrzucenie, bo nie ma w niej tego gładkiego, pchającego do przodu swingu, oczywistej rytmiki czy łatwych harmonii. W temacie łączenia ambitnych dźwięków z względną przystępnością wygrywa wspomniana Diomeda, opisywany tu kwartet to przede wszystkim triumf bezkompromisowości w sztuce. Resztę pozostawiam wam; warto odgrzebać płytę, ewentualnie uderzyć do wydawcy, w sklepach jej raczej nie uświadczycie.Kwartet

Arek Lerch