SEDNO SPRAWY – Cały ten jazz

Po raz kolejny proponujemy kilka ciekawych płyt, tym razem wszystkie sygnowane przez krakowską stajnię Audio Cave, która niestrudzenie pokazuje światu jak znakomicie prezentuje się nasza jazzowa i okoliczna scena. Improwizacja, solowe popisy, trochę liryzmu. Celowo wybrałem płyty, które nie mają w sobie pierwiastka agresji, raczej skłaniają się ku spokojniejszym rejonom, jednak na pewno nie są nudne. Warto czasami zamknąć się w pokoju, odciąć od chociażby informacji o umierającym świecie i wsłuchać w takie a nie inne brzmienia. Przyjemnego odkrywania.

DANIEL TOLEDO QUARTET – Fletch  Zawsze intrygowały mnie grupy (choć w jazzie lepiej brzmi słowo „projekt”), składające się z samych silnych osobowości. W takich składach – tak myślę – musi dochodzić do rękoczynów, ludzie z sali prób wychodzą ze łzami w oczach. Walka. A może wręcz odwrotnie – jest klarownie i przyjacielsko, bo każdy ma świadomość nie tylko swojego miejsca, jak i granic, których trzeba przestrzegać. W tym przypadku spotkali się sami wyjadacze – ekwadorski, rozmiłowany w naszym kraju kontrabasista Daniel Toledo, saksofonista Kuba Więcek, który dał się w minionym roku poznać z jak najlepszej, eksperymentalnej strony na płycie „Multitasking”, utytułowany pianista Piotr Orzechowski aka Pianohooligan oraz perkusista Michał Miśkiewicz, którego chyba przedstawiać nie trzeba. Skład-marzenie, cztery kierunki poszukiwań, duże ego, jeszcze większe możliwości i… świetna muzyka, klasycznie płynąca gdzieś w środkowym nurcie współczesnego jazzu. Najpierw brzmienie – niezwykle klarowne, ale też dość surowe, można powiedzieć idealne dla tej muzycznej formuły. Kompozycje nie za długie, zbudowane zgodnie z regułami, ale też nie stroniące od drobnych elementów eksperymentalnych, delikatnych dysonansów, generowanych głównie przez Orzechowskiego. Co zatem wyróżnia krążek z tłumu? Może radość grania, nieskrępowana energia i cholerna świeżość. Niby nic nowego, ale zespół gra na takim luzie i z bujnięciem porywającym największych twardzieli. To, że z różnych odcieni jazzu wybrali ten mniej pokręcony, wynika z ich charakterów, dla równowagi dorzucają fenomenalne poczucie swingu, frazowanie i zaawansowanie techniczne na poziomie niedostępnym przeciętniakom. Z drugiej strony, fajne śledzić ścieżki poszczególnych instrumentów, by usłyszeć indywidualne cechy muzyków, tu kłania się szczególnie perlista praca saksofonisty Kuby Więcka. O Miśkiewiczu nie będę wspominał, bo już nie raz zdradzałem swoją słabość do tego perkusisty (znaczy – jego umiejętności…). Krajowe, jazzowe środowisko jest przebogate w różne barwy; jeśli ktoś lubi poruszać się w samym środku tego spektrum i czuje miętę do europejskiej, współczesnej odmiany takiej muzyki, może na pewniaka sięgnąć po „Fletch”.

Daniel Toledo Quartet

MARCIN&BARTŁOMIEJ OLEŚ DUO – Alone Together  Koncepcja tej płyty a właściwie płyt może zaskakiwać. Bracia Oleś, to sprawny duet, który z niejednego pieca chleb jadł, na wymienianie wszystkich projektów i kolaboracje nie ma chyba miejsca – oprócz muzyki tworzonej w duecie, współpracowali min z Williamem Parkerem, Mikołajem Trzaską, Andrzejem Przybielskim, Markiem Taylorem, tworzyli zespoły, min. Custom Trio, nagrywali płyty solowe a to jedynie mały wycinek ich działalności, na potrzeby tej recenzji. W dwudziestą rocznicę wspólnego grania braterski duet postanowił… zagrać osobno. W ten sposób dość dosłownie zdekonstruował czy też może obnażył mechanizmy, jakimi rządzi się sekcja rytmiczna, zapraszając nas do środka. Solowa propozycja to także samotne zmaganie się z instrumentem, ekshibicjonistyczne pokazanie swojej wiedzy i umiejętności, których nic nie osłania i nie daje tła. Bracia podeszli do tej koncepcji z dużą pokorą, przez co dostajemy dwie w sumie zwięzłe wypowiedzi, nie przekraczające 22 minut każda. Dzięki temu nie ma obawy, że muzyk wpadnie w jakieś samouwielbienie, przeciwnie, jest sama esencja, konkret. Jeśli ktoś spodziewa się jednak solówek w klasycznym znaczeniu, może być zdziwiony. Postawiono tu raczej na impresje, zabawę brzmieniem i ekspozycją samych instrumentów a nie własnych umiejętności. Może się to wydawać wręcz zbyt oszczędne, ale unikanie przesady w solowych wypowiedziach daje w efekcie bardzo wysmakowane malowanie dźwiękiem. Rozpoczynamy od obrazu stworzonego przez perkusistę Bartłomieja. Jego pięć kompozycji to coś w rodzaju mantrycznych, bazujących na esencjonalnym, surowym brzmieniu bębnów, zdawkowych wypowiedzi. Od początku słychać, że właśnie ekspozycja naturalnego rezonansu akustycznej perkusji jest tu na pierwszym miejscu. Znaczenie ma każdy dźwięk a nie techniczne układanki, emocje a nie akademicka biegłość. Osobiście słyszę w tych dźwiękach doświadczenie, pozwalające zrezygnować z feerii dźwięków na rzecz oszczędnego konkretu. Całość trwa dwadzieścia minut i jest to idealny czas, by nawet osoba, która nie jest fanatykiem pracy „garowego” raczej się nie znudziła. Podobnie jest z kontrabasem – w tym przypadku jest łatwiej, bo to jednak instrument melodyczny i także w tym przypadku istotne jest brzmienie instrumentu i sposób szarpania strun. Dobrze się tego słucha, choć przyznam – pomijając uznanie dla koncepcji jako takiej – chyba byłbym szczęśliwszy, gdybym otrzymał po prostu sekcję rytmiczną, budującą zapętloną historię. Tak czy inaczej, warto posłuchać tych dwóch opowieści i dopowiedzieć sobie do ich jakąś wspólną wyimaginowaną drogę. Może tak jest w sumie ciekawiej?Oleś Duo

ŁUKASZ OJDANA – Kurpian Songs&Meditations   No to na koniec… coś lirycznego. Pisaliśmy kiedyś o solowym Wojtku Jachnie, dzisiaj samotnie na scenie staje pianista znany z fenomenalnego tria RGG. Zawsze ciekawi mnie jak sobie radzą instrumentaliści bez kolegów, szczególny niepokój czuję, kiedy nie widzę w tle sekcji rytmicznej. W odróżnieniu od Jachny, Ojdana nie stawia na brzmienie miejsca rejestracji tych nagrań, raczej ujawnienia największe subtelności fortepianu. Dodatkowo, jako materię swoich wariacji wybiera sobie ludowe tematy kurpiowskie i wyciąga z nich tony liryzmu. Tu nie ma jakichś skomplikowanych aranżacji. To nie jazz, ale melodia, delikatny klimat zamiast popisów technicznych. Wydaje mi się, że Łukasz Ojdana bardzo precyzyjnie umiejscawia swoją grę w kontekście własnej kariery – tym razem, w odróżnieniu od RGG, ujawnia swój liryzm, skupia się na tym, by przełożyć te tradycyjne tematy na własną wibrację. Zachwyca zwiewność melodii, w zasadzie więcej tu zadumy, przestrzeni, medytacji właśnie. Czasami jest tak, że muzyka nadaje się na koncert; w tym przypadku zdecydowanie lepiej spędzić czas sam na sam z krążkiem, wsłuchiwać się w niuanse pięknego brzmienia fortepianu. Przyznam, że rzadko decyduję się na taki flirt, wolę jednak bardziej dosadne dźwięki, jednak ta płyta mnie zauroczyła, to chyba dobre słowo. Od czasu do czasu warto taką strunę w duszy poruszyć. A przynajmniej spróbować…Łukasz Ojdana

Arek Lerch