SEDNO SPRAWY – Beehoover/Wrong/Violent Femmes/Ghold

Kolejna porcja różności. Jak zwykle penetrujemy zakazane rejony, gdzie gnieżdżą się różnorakie hałasy, raz mniejsze, raz większe, ale zawsze bardziej lub mniej  godne Waszej uwagi. Tym razem zestaw jak zwykle zróżnicowany. Czyli od akustycznych, post punkowych folkowców Violent Femmes, przez eksperymentujący duet Beehoover aż do okrutnej luty Ghold i pseudo noise’owców Wrong. Jest w czym wybierać, może znajdziecie coś dla siebie…

BEEHOOVERPrimitive Powers (Unundeux) Beehoover gościł na naszych łamach już kilka razy, zatem trzeba napisać i o najnowszej, piątej płycie. Nie wiem, czemu duet zza zachodniej granicy nie zrobił w Polsce, tak przecież otwartej na alternatywne dźwięki, większej kariery. Fakt pozostaje – płyty zespołu są mało popularne, choć zasługują na uwagę. Zasługuje na nią także najnowsza płyta, choć przyznam, że coraz trudniej  akceptować ten zespół jako basowo-perkusyjne kombo, inna sprawa, że poprzednia płyta The Devil and his Footmen jest dla mnie szczytem ich możliwości. Owszem, nadal muzyka jest zrobiona z głową, cały czas starają się przemycić coś nowego. Przykładem niech będzie „Bombs and Bagpipes”, gdzie świetnie żonglują aranżacjami, przez sześć minut utrzymując odpowiednie napięcie. Podobne wrażenie robi „Millwheels of Being”. Słychać, że zespół testuje inne rodzaje aranżacji (”Light  my Pyre”), czasami wpuszcza więcej powietrza, dorzucając w ramach przerywnika ambientowy „Tickling the Dragons Teil”, choć głównym daniem nadal jest charakterystycznie brzmiące, sekcyjne pompowanie, czego najlepszym przykładem będzie świetnie pulsujący „Anti Zooo”. Powstał tym samym chyba najbardziej epicki, z rozmachem zagrany album zespołu. Wszystko się zgadza, choć tym razem po raz pierwszy troszkę zacząłem się nudzić. Zespół i tak długo na swoim patencie pojechał, ale z mojego punktu widzenia czas na zmiany.  Co oczywiście o niczym nie świadczy, bo koledzy Ingmar i Claus doskonale bawią się w swoim towarzystwie i formule. I niech tak pozostanie.

WRONGWrong (Relapse) Po lekturze nowego odkrycia Relapse stwierdzam – nie wszystko noise, co się świeci. Anonsowany jako noise rockowe odkrycie amerykański Wrong na swojej debiutanckiej dla Relapse płycie zwyczajnie i tak po ludzku męczy bułę. Nie powiem, chłopaki grać potrafią, słychać, że brzmienie jest osadzone i wszystko trzyma się kupy, ale za cholerę nie słyszę w tym jakiejś iskry, czegoś, co spowoduje, że będzie mi się chciało posłuchać dość jednowymiarowej płyty do końca. A zupełną krzywdą jest reklamowanie „Wrong” jako dzieła noise rockowego. Ten styl dorobił się tak rewelacyjnych – i co najważniejsze, charakterystycznych – zespołów, że jedynie nieliczni mogą z pełnymi honorami mienić się ich następcami. A to, że muzyka jest hałaśliwa, że gitary piłują jak oszalałe a bębny wybijają dziurę w głowie o niczym nie świadczy. Wrong Ameryki w tym temacie nie odkrywa. A jeśli już szukać jakichś ścieżek, momentami brzmi to niczym próba naśladowania Helmet („Stasis” czy „Fake Brain”), choć głównie chodzi o motorykę, bo riffów Page’a Hamiltona z „Meantime” nie podrobią choćby nawet podpisali z diabłem cyrograf. Zresztą, rogaty też by się zmęczył. Ale nic to, próbujcie, próbujcie, może następnym razem się uda…Sedno2

VIOLENT FEMMESWe Can Do Anything (PIAS America) Najnowsza płyta aktywnego w latach 80 i 90, post punkowego projektu ukazuje się mieć idealny tytuł. Półtorej dekady milczenia i nagły powrót nie zwiastują niczego dobrego, a jednak. Owszem, nie mamy do czynienia z objawieniem, to raczej faktycznie chęć zrobienia czegokolwiek, bez ciśnienia, z duża dozą autoironii i poczucia, że czego by nie zagrali i tak nie zmienią historii świata. No i grają te swoje akustyczne, folkowo – knajpiane piosenki, na dużym luzie i z uśmiechem. Momentami brzmi to tak, jak gdyby NoMeansNo postanowili pograć akustyczną klezmerkę do piwa w pubie (kawałek tytułowy), w innym miejscu chcą pojechać do Mrągowa („I’m Not Done”) a w większości przypadków brzmią jak zapomniani kumple równie zapomnianego Walkabouts. Mamy zatem całą tradycję folk rockowego grania, łobuzerskie melodie i dziarskie, choć proste aranżacje w temacie amerykańskiej klasyki. A wszystko utrzymane w pogodnym, niezobowiązującym tonie. Ameryki po raz nie wiem który nie odkryli, ale można posłuchać, bo grać potrafią jak mało kto. Choć niczego nowego się od nich nie dowiecie.

GHOLDPYR (Ritual Prod.) Londyńskie trio uparło się, żeby zabić każdego, kto postanowi zmierzyć się z ich dokonaniami. Muzyczna mieszanina surowego sludge z lekką dozą psychodelicznej poświaty to przede wszystkim długaśne kompozycje, w których dominują ciężar, wolne tempa, brud i cała masa hałasu. Hałasu rozumianego dosłownie, bo momentami brzmi muzyka Ghold tak, jakby jej twórcy zostawili oparte o wzmacniacze, huczące instrumenty i poszli na piwo. Okrutna luta, która niemal w każdym kawałku wieńczy dzieło może kojarzyć się z jakimiś ekstremalnymi, awangardowymi poszukiwaniami, a ja zastanawiam się na ile jest to premedytacja a na ile zwykłe uliczne widzimisię muzykantów, którzy grają jak potrafią i wydaje im się, że mają same melodyjne, rockowe songi. W każdym razie – jeśli chcecie zrozumieć o czym mówię – zapuśćcie brody, wytatuujcie sobie „rękawy”, zapalcie jointa a potem posłuchajcie w pierwszej kolejności 21-minutowego „Despert Thrang”. A zaraz potem „CCXX”. Jest w tym wszystkim jakaś złośliwa chęć udowodnienia, że w temacie bezkompromisowej ekstremy nadal można coś wymyślić. A może się mylę? Na kłopoty Bednarski, na ból głowy Ghold…

Arek Lerch