SEDNO SPRAWY – Albo restart albo cement

Cztery skrajnie różniące się od siebie grupy i cztery płyty mogą otworzyć furtkę do przysłowiowej kariery. W zestawieniu dwójka  debiutantów (Netherless, Slug Abuse) ale dla pozostałych, kolejne krążki w dorobku to w pewnym sensie albo restart, albo scementowanie dotychczasowego stylu. Dla metalowców poniższe płyty będą za bardzo hardcore’owe, a dla hardcore’owców za bardzo metalowe. Klasyczna kość niezgody i powód do tego, aby sprawdzić co tak naprawdę dzieje się na polskim rynku.

Deszcz – III  Deszcz bez specjalnego wsparcia mediów szybko zakorzenił się w świadomości krajowych słuchaczy. Panowie wykorzystali potężną lukę, jaką jest absolutny brak neocrusta na naszym rynku, z czego kolejne próby jego wskrzeszenia przeważne spalają na panewce. Wyjątków od tej reguły, niestety, niewiele, i to nie dlatego, że takie granie nie ma grona odbiorców. Może niektórym brakuje odwagi aby łączyć emo z super szybkim napierdolem i odrobiną melodii, a może  zwyczajnie się to nikomu nie opłaca? Poznaniakom w głowach nie szumią dolary ani trasy u boku Loma Prieta, a po prostu chęć dzielenia się wściekłą muzyką, podaną w niekoniecznie przystępnej formie. Panowie wyraźnie znaleźli swój styl i swoje miejsce na rynku, zatem nie pozostaje nic innego jak kibicować w dalszych bojach o jeśli nie lepsze, to mniej szare jutro. Dwadzieścia pięć minut spędzonych z tym materiałem mija ekspresowo  i równie szybko potwierdza panującą w społeczeństwie znieczulicę. Hymny Deszczu są z jednej strony smutne, pozbawione nadziei („Standing Alone”), a z drugiej stanowią motywacyjny zastrzyk adrenaliny napędzanej blastem i rykiem dwójki wokalistów. Paradoks? Nie sądzę. Wbrew pozorom w takiej układance wszystkie puzzle pasują do siebie jak ulał.III

Netherless – Anthem of The Weary  Czy Polski metal potrzebuje djentu i progresywnego metalcore’a? Puryści i pieniacze krzykną, że z całą pewności a nie, a świat „dżyn dżyn”, skończył się na płytach Meshuggah. Otóż nic bardziej mylnego, bowiem stosunkowo nowa odnoga metalu ma się bardzo dobrze, czego dowodem są same koncerty przyciągające tłumy. Było u nas kilku protoplastów takiego grania, z naciskiem na matematyczne wygibasy Neurothing i Samo, ale z czasem okazało się, że aby kupić młodych wielbicieli grania trzeba zerknąć w stronę mniej wyrafinowanego młócenia. Tutaj wkracza nieszczęsny metalcore, który szybko i skutecznie ożeniono z chirurgiczną precyzją i ambientowymi wstawkami. Grup pokroju Netherless ciężko się doliczyć, ale na uwagę zasługuje fakt, iż panowie są debiutantami, a mogą pochwalić się krótkim, acz na tyle treściwym materiałem, aby bez wstydu dzielić scenę z choćby Veil of Maya. Technicznie zgadza się wszystko, począwszy od popisów gitarzystów, przez pracę zaskakująco dobrze wyprodukowanej jak na domowe warunki sekcji rytmicznej. Numerem jeden pozostaje jednak wokal Michała Surowca, który choć „podręcznikowy” i w ramach nie stroniącego od death metalu gatunku, ciągnie zespół w stronę wielkich scen, gdzie poza warsztatem i kompozycjami na modłę szwedzkiej Vildhjarta, liczy się charyzma. Jedyne czego tutaj brakuje to Bożej Iskry i pierwiastka prawdziwej oryginalności. Nie raz słyszeliśmy takie wyziewy i mimo, iż od jakiegoś czasu pozostaję głuchy na takie modlitwy, „Anthem of The Weary” ma wszystko czego w tej muzyce potrzeba. Duże zaskoczenie i oby zapowiedź  wielkiej kariery.Anthem of the Weary

The Lowest – Doomed  Pięć lat przerwy między płytami wskazywało na możliwe zakończenie działalności warszawskiej ekipy. Pomimo w miarę regularnego koncertowania, głównie poza Polską, nic nie wróżyło nowego, zapierającego dech w piersiach materiału. Ni stąd, ni z owąd, niczym grom z jasnego nieba uderzyła wieść o nowej płycie. Najpierw dwa single i dwa klipy, a potem poszło z górki. Stołeczna formacja przywaliła najlepszym materiałem w karierze, ostatecznie znajdując się na rozdrożu pomiędzy sludge, hardcorem a metalem. Jeśli o Torn Shore pisałem jako o kandydatach do kontraktu z Deathwish, to jak nazwać „Doomed”? Dziką kartą i biletem do dużych sen, czy albumem nagranym bez ciśnień, za to z dużą dozą wkurwienia i chęci sprawdzenia własnych możliwości? Panowie zgrabnie lawirują pomiędzy nihilizmem i apatią, serwując przy tym kilka mniej intensywnych kawałków. Melodyjne fragmenty (w tym czyste wokale w „Sheol”)  to może nie nowość, ale z pewnością pożądane chwile oddechu od gęstej atmosfery i średnich temp. Grunt, że panowie choć wyklarowali dość specyficzny styl, mocno wyróżniający się na krajowym polu, wciąż kombinują. Ostrożnie, tak aby nie naruszyć sprawdzonych fundamentów, a jednak na tyle odważnie, aby z każdym kolejnym odsłuchem odkrywać coś nowego. Jeśli miałbym wskazać tegorocznego kandydata do polskiej płyty roku, albo chociaż pierwszego półrocza, wybór jest oczywisty.Doomed

Slug Abuse – Slug Abuse  O Toruniu najczęściej słychać w kontekście Ojca Dyrektora i jego koncernu medialnego, a to błąd, bo przynajmniej jeden zespół z tego pięknego miasta ma szansę na to, aby zaistnieć w szerokiej świadomości słuchaczy, przywracając przy tym wiarę w polski punk rock. Gdyby Slug Abuse zaczęli piętnaście, może nawet dwadzieścia lat temu, na deskach nomen omen toruńskiego Pilonu (jeden z najbardziej zasłużonych alternatywnych klubów w kraju) dziś pewnie graliby trasy u boku Dezertera. Do tego w sumie wcale nie tak daleko, bo starzy wyjadacze są ostatnio wyjątkowo otwarci na nowości. W kontekście toruńskiego trio nie ma mowy o jakichkolwiek nowinkach brzmieniowych, a stylistycznie to skrzyżowanie wpływów zarówno ze Starego Kontynentu jak i USA. W tych raptem dziewięciu kompozycjach (w tym cover) zawarto mariaż jednoznacznie kojarzący się z klasykami pokroju Hüsker Dü, Ramones, The Toy Dolls czy wczesnego i najwścieklejszego w tym zestawieniu Rancid. Inaczej rzecz ujmując, materiał jest wściekły, prosty, miejscami melodyjny i nośny (są sing-a-longi!), a jednak na tyle surowy i zagrany z rock’n’rollowym luzem, aby pojednać starych kuców kochających Motörhead, co młodzież dopiero co odkrywającą wściekłość Minor Threat i inteligencję Fugazi. Inaczej rzecz ujmując, aż dziw bierze, że to dopiero pierwsze nagranie Slug Abuse, bo za mało tu przypadkowych dźwięków i cytatów z dorobku powyższego grona, a za dużo pomysłu na to, aby we trójkę podbić coś więcej niż tylko polski „rynek”.Slug Abuse

Grzegorz Pindor