SECRETS OF THE MOON – Sun (Lupus Lounge)

Zawsze śmieszy mnie, kiedy oskarżeniami o „komercjalizację” wali się w zespoły, które odchodzą od standardowych metalowych brzmień. Pogadajcie z Morgoth czy Grave jak bujnie rozwijały się ich kariery w drugiej połowie lat 90. Spytajcie Patricka Mameli czemu znowu pokochał death metal. Utarło się, że „komercyjne” nie są reaktywacje, ogrywanie na trasie materiału z najpopularniejszej płyty ani kurczowe trzymanie się zgranego stylu za cenę nagrywania gniotów… Po łbie zbiera natomiast Secrets of the Moon, który po kilkunastu latach przewietrzył swoją muzykę. I oby ten przeciąg nawiał im jak najwięcej srebrników, bo zasłużyli na każdego.

Być może nowy kierunek obrany na „Sun” tak bardzo mi pasuje, bo tak naprawdę nigdy nie udzielił mi się zachwyt nad wcześniejszymi albumami Secrets of the Moon. Ok, doceniam ich „obiektywną” wartość, rozpoznawalny styl i pewną lekkość w pisaniu dobrych piosenek. Lubię pojedyncze fragmenty „Carved in Stigmata Wounds” czy „Privilegium”, ale całościowo uwiera mnie na tych płytach patos rzeźbiony ciężką ręką bardzo poważnego metalowca. Na „Sun” ta podniosłość zyskała znacznie ciekawszy wymiar – oto Secrets of the Moon wzbogaca swój zestaw inspiracji o nową falę i gotyckiego rocka, a efekt jest znacznie ciekawszy niż modne 20 lat temu gotycko-doomowe koszmarki. W nowych numerach – tradycyjnie już dobrze i ze smakiem napisanych – czuć melancholijną wibrację New Model Army, jęk rozpaczy wczesnego Christian Death, posągową powagę Fields of the Nephilim. Przy tym nie jest to zestaw cytatów wciśnięty w blackmetalowe blasty i krzyki, raczej próba nawiązania do pewnego ducha, przetransponowania wspomnianego patosu na nieco bardziej nośny fundament. I ta próba się udaje. Do tego nadążają za nią umiejętności i warsztat muzyków. Przede wszystkim, zdjęte z krtani przestery ujawniły mocne i pewne siebie wokale, które w dodatku mają co zaśpiewać – naprawdę, dawno nie słyszałem tak ciekawie ułożonych partii. Secrets

Ciekaw jestem, czy „Sun” okaże się albumem interesującym dla odbiorców innych niż okrzepła grupa fanów Secrets of the Moon, która jak znam życie, pewnie się skurczy. Muzycznie „Sun” kojarzy mi się z równie doskonałym „Caustic Music for the Spiritually Bankrupt” nieistniejącego już australijskiego Atomizer. Ci drugoligowi blackthrashowcy również zaproponowali coś na kształt połączenia metalu z zimną falą i artystycznie trafiając w sedno, w sensie odbioru trafili w próżnię. Być może Secrets of the Moon czeka lepszy los, choć pewnie i tak rozlegną się jęki, że „nie o takie black metale walczyłem”. Cóż, ja nie walczyłem o żadne, więc mi to w smak. Niech bożek Komercjusz ześle urodzaj zespołowi Secrets of the Moon za taką dobrą muzykę. I mi też, za taki dobry gust.

Bartosz Cieślak

Pięć i pół