SCHRÖTTERSBURG – Melancholia (Bat-Cave Prod.)

Melancholia, idąc tropem słowników, to stan głębokiego przygnębienia i apatii albo nastrój głębokiego smutku lub zadumy. Tak czy inaczej, odwracamy się plecami do tłumu, wpychamy głowę między ściany i zamykamy oczy, licząc, że nikt nas nie zauważy. Czy takie podejście do tematu pasuje do nowej płyty płockich „zimniaków“?

Nie będę ukrywał, że pozostaję fanem poprzedniej płyty płocczan czyli „Ciała” – to było dzieło skończone, przyznam jednak, że większą radość, tzw. estetyczną, sprawia mi „Melancholia”. Nie dlatego, że w jakiś przyjemny, choć niewygodny sposób kojarzy mi się z rewelacyjnym filmem Larsa Von Triera, ale dlatego, że poziom „wypucowania”, o którym mówiłem w przypadku poprzedniej płyty, osiągnął tu stan równowagi. Pod względem brzmieniowym, estetycznym i graficznym, całość jest dopracowana, kojąca nerwy i jednocześnie mocno stonowana. Już rzut oka na okładkę i pierwsze dźwięki płynące z płyty uświadamiają nam, że zespół wykonał krok w tył, jeszcze bardziej zagłębiając się w klimatyczny niebyt. Jednocześnie pozostają sobą, nadal hołdując zimnej fali z lat 80. O ile jednak pobratymcy z Wież Fabryk stawiają na bardziej dosłowne kreowanie złowrogiej – starej aury, o tyle Schröttersburg idzie w zupełnie innym kierunku – rezygnuje (w dużej mierze, choć nie całkowicie – kończący płytę „Popielec” to świetny miks zimna i hałasu) ze zgrzytliwych gitar, ogranicza dźwiękową przemoc na rzecz, no właśnie – melancholii, zawieszonego w przestrzeni pytania o sens naszego istnienia. Bardzo estetycznie i z dużymi emocjami zadanego pytania.fot. Paweł Ambroziak

Muzyka na „Melancholii“ stała się oszczędniejsza, zespół operuje instrumentami z dużą ostrożnością, uderzając precyzyjnie każdym dźwiękiem (najlepszy przykład – „Siedem”), budując klimat, choć – co jest w sumie zaskakujące, otwiera płytę najbogatszym i najdłuższym w zestawieniu utworem „Joshua Ben Joseph“, przez dziesięć minut budując niepokojącą, niemal filmową atmosferę. Potem robi się już bardziej tradycyjnie – krautowe, „martwe“ rytmy, wspomagane elektronicznymi zabawkami („Jesteśmy ciszą”), chwiejące się, mgliste plamy gitar i mocny, czasami wpadający w lekką histerię, beznamiętny wokal, wspomagany chwytliwym, trzymającym dynamikę utworów basem. Zdarza się też całkiem przebojowy, motoryczny pochód w stylu „Pociągów”, który pokazuje duży zmysł melodyczny zespołu i jednocześnie niekończącą się miłość do tzw „plastikowej dekady rocka”. Wszystko jest maksymalnie stylowe, świetnie, rasowo opracowane, choć oczywiście, wprawne ucho wychwyci lekko zaznaczone inspiracje, rozpinające się między zimnymi latami 80., muśnięciem The Cure i post punkowym minimalizmem.

Schröttersburg niczym dobry kucharz, doprawia swoją miksturę przyprawami w stylu industrialnych czy może i lekko noise’owych zgrzytów, jednak na tyle subtelnie, by podbić smak, bez zarżnięcia dania. Smakowity kąsek. W dodatku podany na CD, kasecie i w wersji winylowej. Nic, tylko się smucić.

Arek Lerch

Zdjęcie: Paweł Ambroziak

Pięć