SCHIZMA – O nas (Spook Records)

Znowu ep-ka?! Z wyrazem niedowierzania przeglądam nowe wydawnictwo weteranów nowojorskiego hardcore’a na polskiej ziemi. To już drugi raz taka forma… Po chwili doszedłem jednak do wniosku, że może to ma sens. Wprawdzie poprzedni, mały krążek „Dla Was” został dopchnięty paroma takimi sobie koncertowymi wałkami, na szczęście, tym razem zespół zadbał o to by nie zepsuć dramaturgii. Dostajemy cztery utwory, zapominamy o sludge’owych ciągotach znanych z „Whatever It Takes Whatever It Wrecks”, słowem – konkret. Schizma nie odpuszcza.

W zasadzie cieszę się, że zespół zrezygnował z tego dołującego, zainfekowanego amerykańskim sludge, analogowego oblicza. Nie dlatego, że było złe, bo to co usłyszałem kiedyś na „Whatever…” brzmiało rewelacyjnie. Bardziej chodzi o to, że dzisiaj takie granie lekko się już przejadło, bo mamy w Polce (i nie tylko) całą masę znakomitych zespołów z tego gatunku, których jest… chyba za dużo. Dość, że Schizma w 2017 roku brzmi jak rasowy, konkretnie nastawiony otaczającego nas świata zespół. Łoi proste, ale gniotące wałki i zapodaje poważne słowa. Tak, nie śmiejcie się, ale to co słyszę na „O nas”, trafia do mnie, bo choć jestem obdarty ze złudzeń, to jednak czasami takie, hmmm, może i naiwne, ale szczere słowa, wywołują coś w rodzaju refleksji. Słychać, że Schizma nam posiwiała, ale parę ma nadal. W sam raz na takie cztery konkrety. Nie znudzisz się słuchaczu, tylko rączo pokicasz na koncert. I o to chodzi.Schizma

Nie chcę, żeby zabrzmiało to cynicznie; to autentycznie dobry kawał hardcore’a bez żadnych dodatków, przedrostków i przypisów. Ta muzyka, mimo, że wymyślono ją dawno temu, nadal nosi znamiona buntu i nadal ma szansę zarażać młodych scenicznym żarem. Posłuchajcie pierwszego z brzegu „Nie mam czasu” – toż to prawdziwy hit. Dobre tempo, solidny riff i zróżnicowane wokale plus tekst bardzo trafnie puentujący nasze wieczne zagonienie i – no właśnie – chroniczny brak czasu. Pozostałe trzy kawałki nie odstają zbytnio od schizmowej klasyki – jest beatdown’owy „Zero przedawnienia”, prujący niczym czołg „Nie daj się” i na koniec krótki, dosadny hardcore’owy cios „Wojna”. W zasadzie nie tu czego analizować; panowie są starymi wyjadaczami, więc sprawnie wydestylowali esencję swojego stylu, eksponując ciężar, bez poszukiwania nowości. Zadbali też o transparentność przekazu – zamiast kombinowania, postawili na prostotę, dosadność i odpowiednie nasycenie brzmienia, co daje w efekcie 100% Schizmy w Schizmie. Na koniec powtórzę jeszcze raz – cieszę się, że zamiast jedenastu numerów mam cztery, ale za to konkretne pieśni, bez opcji zapychania miejsca na krążku. Faktycznie, niedosyt w tym przypadku jest zdecydowanie lepszy.

Arek Lerch

Zdjęcie: Jacek Woźniak

Cztery i pół