SCHIZMA – Dla Was (Spook Records)

Bydgoska Schizma to prawie cała historia polskiego hardcore’a. Założona w 1990 roku, przeszła wszystkie etapy – od punkowego łojenia, przez fascynację Nowym Jorkiem (szczyt na „State of Mind”) aż po bardzo indywidualną interpretację hardcore’owej luty na najlepszym w ich karierze krążku „Whatever It Takes Whatever It Wrecks”. Dzisiaj powracają z bardziej klasycznym obliczem i nadal utrzymują wysoki poziom, pokazując, jak powinien brzmieć współcześnie klasyczny NY/HC.

Ostatnie lata to dla zespołu zdecydowanie tłusty okres. Po latach leniwej egzystencji, gdzieś od wydania wspomnianego we wstępie krążka „Whatever It Takes Whatever It Wrecks”, wszystko kręci się szybciej. Pojawiają się kolejne wznowienia klasycznych płyt z „Miejskimi Depresjami” na czele, jest wreszcie nowa ep – ka, zespół utrzymuje skład a nowe nagrania pokazują, że także i poziom muzyczny. Na ostatnim, dużym krążku, o czym pisałem w recenzji, było słychać echa sludge’owej zarazy w riffach, tym razem jednak grupa postawiła na klasycznie brzmiący, nowojorski wyziew. Te cztery numery to „już legenda”, że sparafrazuję pewien film. Ołowiane riffy, polskie teksty (znowu), wreszcie znakomite zrytmizowanie materiału, stawiające w pierwszym rzędzie potężny beatdown, bujający jak cholera i tłoczący adrenalinę w żyły (pierwsze dwa kawałki „Mam Plan” i „Bez Ciebie” to już dzisiaj są dla mnie koncertowe powerplaye…). Osobistym hitem jest numer tytułowy, w którym zespół zaprezentował najciekawszy chyba riff i jednocześnie fajnie zabawił się z rytmem, przesuwając ciekawie akcenty. Drobny zabieg a jaki skuteczny. Cała płytka to jeden wielki dopalacz. Najlepszy przykład – słuchając tego materiału, robię na rowerze trasę do pracy w czasie o połowę krótszym niż bez tegoż wspomagacza. Jasne, nie ma tu miejsca na odkrycia, szukanie udziwnień. Jest dość prosta, konkretnie atakująca luta, dosłowny przekaz, potężne, tłuste brzmienie i klimat z najlepszych lat sceny. Niczego mi nie brakuje, kupuję całość z entuzjazmem czekając na całą płytę. Oby nie za długo.

Jedynym, drobnym minusem (obniżającym jednak całościową ocenę…) jest dla mnie dopchany na krążek bonus w postaci trzech wałków koncertowych. Po pierwsze dlatego, że uwielbiam płyty tworzące pewną, zamkniętą całość, zaś dorzucanie na dysk dodatkowych, często niepotrzebnych kawałków psuje mi odbiór i poczucie równowagi. Po drugie – bo brzmienie tych numerów jest po prostu słabe, płaskie i bez wyrazu. Ale, skoro tak chcieli, cóż… Tak czy inaczej – dla fanów Schizmy i szerzej – hardcore’owej luty, pozycja godna polecenia.

Arek Lerch

Cztery