SATHANAS – Necrohymns (Transcending Obscurity)

Lubię pierwotny, bluźnierczy metal. Nie za pretensjonalne treści, to oczywiste, ale za prymitywną, lecz przy tym bardzo szczerą agresję i nienawiść – cechy, których często brakuje młodym chłopakom sięgającym po gitary. Sathanas na pozór wydaje się zespołem, który idealnie wpasowuje się w tę konwencję, jednak z drugiej strony dość łatwo odnieść wrażenie, że choć dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, w tym przypadku głównie na dobrych chęciach się kończy.

„Necrohymns” to idealna propozycja dla fanów Deströyer 666 czy Aura Noir oraz tych maniaków podziemnego metalu, dla których nazwa Sathanas nie brzmi obco. Najnowszy album Amerykanów to podręcznikowy przykład black/thrash metalu i zawiera wszelkie nieodłączne dla gatunku elementy. Są pełne jadu partie wokalne, są wysunięte na czoło, hałaśliwe bębny, wreszcie nie brakuje jazgotliwych i tnących gitar. Można powiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu, niemniej słuchając „Necrohymns” czuję całkiem wyraźny niedosyt. Grupie brakuje przede wszystkim charakterystycznych, chwytliwych riffów, a przynajmniej jest ich na tyle niewiele, że giną w gronie przeciętniactwa. Chwilami, jak w „At the Left Hand of Satan” czy w „Sacramentum” robi się nieco bardziej chwytliwie, niemniej „Necrohymns” nie ma pod tym względem szczególnie dużo do zaoferowania. Pomysły urywają się zwłaszcza w drugiej połowie albumu, gdy zaczyna brakować zarówno fajnych riffów, zmiany tempa stają się wybitnie przewidywalne, a refreny do bólu powtarzalne. Nie przeczę, technicznie muzycy Sathanas dają sobie radę, brzmienie krążka jest właściwie bez zarzutu, całość również dobrze zaaranżowano, ale kompozycyjnie „Necrohymns” nie ma szans wybić się ponad przeciętność. Zresztą, jest to problem Sathanas właściwie od początku istnienia – to chyba jedyny racjonalny powód tłumaczący, dlaczego, po prawie dwudziestu latach kariery i dziesięciu płytach, trio wciąż tuła się po dnie podziemia.S

Może i muzyka Sathanas jest pełna bluźnierstw i zła, ale przy tym jest na tyle poprawna i nijaka, że wątpię, bym za tydzień pamiętał, że w ogóle słuchałem takiej płyty jak „Necrohymns”. Nie odmawiam chłopakom serca do grania, nie odmawiam autentyczności, nie odmawiam pacierza. Po prostu muzycy Sathanas nie potrafią pisać dobrych numerów i jest to właściwie jedyną, ale za to wielką wadą dziesiątego krążka Amerykanów. W tym przypadku wszelkie inne aspekty – w przypadku tego zespołu nawet całkiem dopracowane – są spychane na dalszy plan. Jeśli naprawdę chcecie być panu Bogu niemili, to z całego serca polecam „Dark Days of the Soul” Voidhanger. Stylistyka podobna, tyle, że pod każdym względem bardziej.

Michał Fryga

Trzy