SATANIC MALFUNCTIONS – Them (Selfmadegod)

Czy nie chcieliście się choć raz przenieść w przeszłość albo przyszłość? Takie pragnienie ucieleśnia się na razie w filmach SF, ewentualnie we łbach co większych, naukowych freaków. Na razie nie wymyślono czasowego kontinuum, które umożliwiłoby ów ruch, jednak, jeśli ktoś usilnie chce, może spróbować innej metody. Trzeba pójść do sklepu, poszukać płyty „Them” Satanic Malfunctions. Potem wrócić do domu, zasłonić okna, postawić na stole „siarę” i odpalić płytę. Najgłośniej jak się da. Nie minie minuta, jak znajdziecie się w 82 roku.

Ta brytyjska załoga uosabia wszystko, co związane jest ze starym, totalnie podziemnym i zaangażowanym łojeniem. Umówmy się od razu – jeśli ktoś lubi wypieszczone, okraszone elektroniką, hipsterskie produkcje ostatnich lat, lepiej niech nie sięga po „Them”, bo to produkt w zasadzie dla konkretnego odbiorcy. Satanic Malfunctions powrócili z nowymi nagraniami po 22 latach od nagrania „Disgrace To Humanity” i jakoś nie obchodzi ich fakt, że mamy 2013 rok i nawet najbardziej zajadli punkowcy grać się nauczyli i przyswoili pojęcie „melodia”.

„Them” to dwadzieścia ulicznych hymnów nienawiści, napędzanych wściekłym punkiem i jeszcze bardziej gryzącym, proto – grindem. Nie znajdziecie tu wymuskanych hiperblastów, nowoczesnego d – beatu czy zakręconych aranżacji. Króluje surowa prostota, riff, gdzieś tam zdradzający zainteresowanie prymitywnym thrash’em i suchy, typowy dla produkcji sprzed dwóch dekad, szczekający wokal. Surowa produkcja jest akurat dość mocnym punktem płyty, bo w dobie maniakalnego wręcz zabiegania o analogowy sound, zarówno komercyjnych jak i niezależnych wykonawców, zdaje się trafiać w samo sedno współczesnej retro – nostalgii. Warto zwrócić uwagę na okładkę, bo ta w zasadzie wyjaśnia wszystko w temacie postawy zespołu. Jesteśmy „my” i „oni”, czyli kler, politycy, biznesmeni i cały szit, z którym od zarania sceny walczył szanujący się punk. I jedynie w tym momencie mam jakiś mały zgrzycik w głowie, bo w dobie cyfryzacji oraz dyktatu globalnych koncernów walka z korporacją i systemem jawi mi się jako coś tak samo utopijnego jak wspomniana we wstępie idea podróży w czasie. Choć oczywiście nie zamierzam zabraniać muzykom manifestowania swoich postaw, których jednak nie nazwę już rewolucyjnymi.

Pozwoliłem sobie nie analizować poszczególnych kawałków, bo w sumie wszystko zlewa się w jeden, morderczy ciąg hałasu na wysokim, hc/punkowo – grindowym poziomie. Zespół jak za dawnych czasów nie przejmuje się specjalnie aranżacjami, głównie goniąc do przodu jak szalony, mieszając punkowe tempa z szybszym okładaniem werbla, wścieka się i sieje spustoszenie. W dobie profesjonalizacji zespołów czuję w ich postawie szczerość, zlewkę i ten charakterystyczny, squatterski sznyt, który powoduje, że mogę uznać ich starania za jakże potrzebną klapę bezpieczeństwa tego całego skomercjalizowanego, dziwnego świata…

Arek Lerch

Cztery