SATAN – Cruel Magic (Metal Blade)

Oto, ile znaczy porządny odpoczynek. 26 lat bez nagrywania płyt zaowocowało dwoma, a teraz już trzema kapitalnymi krążkami, na których goście w słusznym wieku brzmią jakby znowu mieli 20 lat i czekali na premierę „The Number Of The Beast”, grywając przy okazji w mniejszych i większych klubach północnej Anglii. Świeżość, masa pomysłów i młodzieńcza werwa – „Cruel Magic” nie bierze jeńców, a Satan nie zamierza zwalniać tempa. Niesamowita jest historia zespołu, który swój okres świetności przeżywa pod koniec kariery, po wieloletniej stagnacji.

W przyszłym roku Satan będzie obchodził 40-lecie rozpoczęcia działalności. Jak w przypadku większości zespołów tworzących na początku lat 80. scenę NWOBHM, ich kariera nie była usłana różami. Typowy scenariusz – świetny debiut, który przynosi chwilową popularność i wieczną chwałę, potem nieudane próby przeskoczenia wysoko ustawionej poprzeczki, nieśmiałe próby przypomnienia o sobie w drugiej połowie lat 80., kiedy królują już zespoły grające bardziej ekstremalnie, aż w końcu el fin, finito, the end. Koniec. Angel Witch, Diamond Head, Tygers Of Pan Tang, Saracen czy Holocaust – to tylko niektóre z zespołów, które przerobiły podobną historię. Nielicznym udało się przetrwać w dobrej formie do końca lat 80. Później, dopiero w XXI wieku nastąpił swoisty renesans zainteresowania „nowofalowymi” kapelami, ale też heavy metalem w ogóle. Satan w 1983 roku wydał świetny debiut, a potem na lata przepadł: w zespole zmieniał się skład, nazwa, a muzycznie nie byli w stanie choćby nawiązać do poziomu „Court In The Act”. Prawdziwy powrót, taki reunion z krwi i kości, to rok 2011. Skład ten sam co na legendarnym debiucie, no i wejście z buta – „Life Sentence” to jedna z najlepszych metalowych płyt 2013. Starsi fani mogli z sentymentem wrócić do lat 80., bo Satan nie zmienił specjalnie stylu, a młodsi mogli poczuć namiastkę atmosfery tamtych dni. Nagle okazało się, że ci staruszkowie rozcierają w pył ambicje nowych kapel, które zajmują się odgrzewaniem kotletów, prezentując danie oklepane, ale przygotowywane z werwą godną Roberta Makłowicza po dwóch kieliszkach Chateau Cantelys 2006.s

„Cruel Magic” to kolejny dowód na to, że Satan powrócił na dobre i wcale nie ma zamiaru odpuszczać. Ba! Podpisanie kontraktu z Metal Blade oraz trasy po całym świecie jasno pokazują, że panowie mają zamiar nadrobić stracony czas i wykorzystać swoje pięć minut. Nowy krążek ma w zasadzie wszystko to, co porządny, brytyjski heavy mieć powinien – są tu świetne riffy (nie tylko „patatajki” – tak Iron Maiden, piszę to do was), głos jak dzwon Briana Rossa, który wchodzi nawet momentami w rejestry a’la Syrena Przeciwlotnicza aka Bruce Dickinson, bezbłędna sekcja rytmiczna, no i wpadające w ucho melodie. Pomimo odejścia z Listenable Records, ich muzyka nadal jest bardzo listenable. Satan brzmi najlepiej w szybkich tempach, z ciętymi gitarowymi riffami, jak choćby w „The Doomsday Clock”, troszkę wchodzą na mielizny w wolniejszych numerach („Ophidian”), by znów zachwycać w zróżnicowanym, a przy tym najlepszym na płycie „Who Among Us”. Wszystko to utrzymane w typowym dla nich stylu – szczególnie ważne wydaje się być brzmienie. Gitary nie są ciężkie, ani mocno przesterowane, co dodaje riffom dynamiki, a muzykę czyni bardzo charakterystyczną. Satan nie zmienia zbyt wiele w swojej muzyce, można nawet powiedzieć, że gra na jedno kopyto, ale robi to z takim zaangażowaniem i na tyle pomysłowo, że ich muzyką nie sposób się znudzić. Od wydania debiutu minęło już 35 lat, ale Ross i spółka nie stracili werwy, wprost brzmią tak, jakby wstąpiły w nich nowe pokłady energii. Nieprędko przejdą na emeryturę.

Paweł Drabarek

Pięć