SARIUS – Wszystko co złe (Antihype)

Po trzecie: ośka (…) Wciąż trzyma się zasad, nie wybacza wałków/ I do siebie nie zaprasza, jeśli kłamiesz jak Sarius”. Tyle Laik. Skąd cytat? Te pozornie nieprzychylne słowa uświadamiają, jak nietypową postacią na rodzimej scenie jest Sarius. To chyba jedyny, nowoszkolny raper, którego tradycjonaliści przyjmowali przez długi czas z otwartymi ramionami. Zamieszanie wokół ep-ki „Czasem” trochę tą sytuacją zachwiało (ale to temat na inną rozmowę), natomiast wolta stylistyczna, jaką przynosi „Wszystko co złe”… hm, nie napiszę, że czyni częstochowianina jednym z wielu newschoolowców – on wciąż ma to „coś” – ale na pewno jasno wytycza dalszy kierunek ewolucji. W stronę bardziej piosenkową i dość odległą od rapu.

„Antihype” był w zasadzie niemal idealnym połączeniem starych i nowych środków wyrazu. Tą płytą Sarius przebił się do prawdziwego mainstreamu, nie idąc przy tym na większe kompromisy. Produkcje Gibbsa były spójne, chociaż różnorodne – momentami wyraźnie piosenkowe („Wiosna”, „To co chcesz”), momentami agresywne („Teraz wszyscy”, „NajsHajs” z gościnką Rogala DDL). Chwilami raper osiągał podniosłą, ale nie patetyczną, atmosferę – np. taki „Powrócisz tu” potrafił mocno wstrząsnąć emocjami. Co najistotniejsze, „Antihype” był krążkiem bardzo dobrze wyważonym; Sarius wiedział, gdzie poprowadzić granicę między nienachalną przebojowością, a naciskiem na treść. Jasne – singlami dotarł do młodszej publiczności, ale jednocześnie sporo było w tym materiale dobrze nawiniętych linijek, a teksty ani przez moment nie obrażały intelektu bardziej wyrobionego odbiorcy. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to był taki jego klimaks, którego – paradoksalnie – nie miał prawa utrzymać. Wygrała chęć ewolucji, sama w sobie szlachetna, natomiast już kształt wynikłych z niej zmian może konfundować.S

Jak wspomniałem, tej płycie na długich odcinkach raczej daleko do rapu. Istota zmian nie siedzi bowiem w tym, że Sarius operuje dzisiaj w klasycznie trapowej estetyce. Owszem, eksperymentuje z wokalami, nakładając na nie efekty i zniekształcając (numer tytułowy), przez co momentami nie jest tak przebojowy, jak mógłby być. Bardziej znamienny jest jednak fakt, że wielka część tego krążka oparta jest na prostych, surowych, gitarowych szkieletach („Dziecko wojny”, „Powiedział mi ktoś”, „Wiking”). Pod względem muzycznym jest to płyta jeszcze bardziej uniwersalna i przystępna dla ogółu, niż „Antihype”. I to jest w porządku. Mniej podoba mi się to, że Sarius trochę spłyca swoje linijki, przez co mniej na płycie żywej treści. Pojawiają się tutaj wersy, które mogą budzić zażenowanie („stek kłamstw mi stawiają jak tarot kłamstewka/ znasz kogoś o imieniu Stefan to se kłam Stefka”), także cały „Zasięg” to pod względem tekstowym ciężki do przetrawienia banał. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, by wiedzieć, w jakim kierunku przebiega ZAWSZE ewolucja rapera z undergroundu do mainstreamu. Mimo wszystko, zmiany, jakie przynosi „Wszystko co złe”, trochę bolą. W zestawieniu z poprzednikiem to jest krążek o klasę gorszy, nierówny, z kilkoma mieliznami. Uczucie rozchwiania pogłębiają tylko wrzucone gdzieś pomiędzy rzeczy od Gibbsa produkcje KPSN-a – same w sobie klasowe, natomiast w kontekście całości płyty… trochę obce. Nie chciałbym jednak, by ten tekst utonął w narzekaniach – spowodowanych trochę nieuniknionymi porównaniami do „Antihype” – bo to w dalszym ciągu jest dobra płyta; bardzo emocjonalna i klasowo nawinięta. Podoba mi się „gitarowy” kierunek niektórych z piosenek – w takim anturażu, mam wrażenie, Sarius mógłby przebić się do radia i grać trasy pokroju Męskiego Grania, nie przymierzając. Przyszłość wciąż widzę w jasnych barwach, nawet, jeżeli „Wszystko co złe” jako całość nie przekonuje mnie w stu procentach.

Adam Gościniak

Zdjęcie: nghtlou

Cztery