RUINS – Front the Final Foes (Debemur Morti)

Szczerze mówiąc nie byłem jakimś wielkim fanem Ruins po wydaniu ‚Cauldron’. Ot płyta, jak płyta – całkiem przyzwoita, momentami niebanalna, z dużą dozą agresji i niezłych riffów. Na kolana jednak nie padłem, bo w gatunku moim zdaniem mamy kilka ciekawszych kapel.

Moje podejście do Australijczyków nie zmieni się także po wysłuchaniu ‚Front the Final Foes’. Jeśli miałbym spodziewać się konkretnej muzyki po łowcach kangurów, to wyglądałaby ona dokładnie tak, jak na trzecim albumie zespołu. Dużo intensywnego riffowania, kilka skoków w stronę późnego Satyricon czy nawet – w bardziej poplątanych partiach – Immolation, rozpędzone tornado death metalowej sekcji rytmicznej (z naciskiem na gary) oraz wokal Alexa, który wyraźnie wzoruje się na liderze Celtic Frost. Zresztą jest to chyba najmocniejszy punkt płyty – growl jest bardzo wyraźny, zachrypnięty i charyzmatyczny. Momentami mam wręcz wrażenie, że to wrzask Alexa, wybijając się na pierwszy plan muzycznej miazgi, ciągnie całe Ruins do przodu. Nie zamierzam naturalnie odbierać potencjału warstwie instrumentalnej ‚Front the Final Foes’, bo dzieje się tu naprawdę dużo i każdy miłośników ekstremalnego riffowanie znajdzie tu co najmniej kilka zagrywek bardzo wysokiej próby – tak black metalowych chaotycznych przebiegów, jak i bardziej zróżnicowanych, wykręconych śmierć metalowych zagrywek. Ot, można powiedzieć, że to coś na kształt ostatnich płyt Satyricon, podlanych bezczelnie intensywnością ekipy Rossa Dolana.

Trzeci album Ruins jako całość wypada dość smacznie, ale po kilku przesłuchaniach niestety jest w stanie nieco znużyć. Mam wrażenie, że intensyfikacja brzmienia płyty czyni z niej bezduszny kawałek metalu ukierunkowany na zdehumanizowany gitarowy atak. Z pewnością znajdą się fani tak dusznych dźwięków, ale ja uważam, że Australijczykom na dobre wyszłoby wtłoczenie w muzykę większej dawki czarciego klimatu.

Dooban 4