ROYAL BLOOD – Royal Blood (Warner)

Współczesna, zagoniona w kozi róg, rockowa scena pożąda objawień i rewolucji jak kania dżdżu i każde, nawet nieduże drganie lubi podnosić do rangi wydarzenia na miarę trzęsienia ziemi. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że odkąd The White Stripes położyli swoje łapy na muzycznym biznesie, duety cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem mediów, zatem i Brytyjczycy z Royal Blood skazani są na sukces. Obojętnie, czy za dziesięć lat ktokolwiek będzie o nich pamiętał.

Z tym sukcesem oczywiście było metaforycznie, bo uważam, że debiutancka, mocno oczekiwana płyta, jest dobra i intrygująca z dwóch powodów, które mamony i innych profitów raczej młodzieńcom nie zapewnią. Chodzi o zestawienie instrumentalne perkusji i basu, pełniącego rolę gitary i nowe odczytanie schedy po Kyuss/Queens Of The Stone Age, z zastosowaniem typowo indie rockowego alfabetu. Co te bzdury oznaczają?

Współczesna technika i możliwości studyjne/sceniczne powodują, że dyskusyjny jeszcze jakiś czas temu status duetów, dzisiaj nie stanowi problemu. Bębny i bas z powodzeniem mogą zostać ustawione tak, że brzmią odpowiednio dynamicznie i przestrzennie. Gdybym nie wiedział, „Royal Blood” uznałbym za dzieło pełnego, powiedzmy, czteroosobowego składu. Jasne, jeśli wsłuchać się w szczegóły dojdziemy do wniosku, że brakuje typowych pochodów gitary basowej, momentami aranże także ustawiane są pod możliwości duetu. Dobrze, że chłopcy zdają sobie sprawę ze swoich możliwości i nie proponują w wersji płytowej zbyt rozbuchanych kompozycji. Jednocześnie trudno odmówić im talentu i tej iskry, która zapładnia poszczególne kawałki życiem. Dochodzimy tu do momentu, kiedy trzeba sobie jasno i wyraźnie powiedzieć – to solidna, dopracowana płyta, ale traktowanie jej jak objawienia, czy szukanie początków rewolucji jest przesadą. Homme takie rzeczy grał lata temu, The Black Keys doprowadzili możliwości dwuosobowego składu do granicy na „Turn Blue” (z pomocą… dodatkowych muzyków), Royal Blood pozostanie zatem ciekawostką. Fajną, soczystą i na pewno nieźle sprawdzającą się na koncertach (ponoć fenomenalny występ na tegorocznym Open’er), ale nie wnoszącą w zasadzie niczego nowego. Mogą intrygować, ich koszulki noszą muzycy Arctic Monkeys, ale przywódcami nowej rewolucji nie zostaną.Royal Blood Band

Jeśli już rozprawiliśmy się z mitami, czas przejść do konkretów. Jest na tej płycie kilka piosenek, które od razu stają się kanoniczne. Np. „Come On Over”, który pierwszymi dźwiękami kłania się nisko Queens of the Stone Age. Jeszcze bardziej znajomo brzmi „You Can Be So Cruel”, który mógłby być odrzutem z sesji „Era Vulgaris”. Resztą, stonerowych wycieczek po linii Homme’a i kolegów jest tu całe mnóstwo (następny przykład – „Ten Tonne Skeleton”), tyle, że są zagrane ze zdecydowanie bardziej wyspiarskim, rockowym (żeby nie użyć słowa „indie”) zacięciem. Słychać wpływy Led Zeppelin („Figure It Out”). Czasami wwiercają się w głowę melodyjki, zespół potrafi zagrać oszczędnie („Loose Change”), nie boi się prostoty w służbie potężnego drive’u („Careless”) i wszystko byłoby znakomicie, gdyby nie uwierające gdzieś z tyłu głowy wrażenie, że każdy dźwięk już wcześniej słyszeliśmy. W innym wydaniu, ale jednak.

Royal Blood trafia idealnie w miejsce, określane wyświechtanym przysłowiem „lubimy to, co znamy”, restaurując dźwięki nowsze i starsze w sposób może nie szczeniacki, ale na pewno z pewną dozą młodzieńczej buty. A że zamiast kilku osób taki klimat potrafi stworzyć dwójka muzyków, można uznać to za duży plus. Słuchajcie i starajcie się nie zapomnieć.

Arek Lerch

Cztery