ROTTING KINGDOM – Rotting Kingdom (Godz ov War)

Kiedy zaczynałem nastoletnia zabawę w metal, święta trójca brytyjskiego doom metalu wyrastała już ze swoich korzeni, a i mnie było daleko do muzyki smutnej i posępnej jak czerep. A co dopiero takiej o progrockowych ambicjach… Dłuższą chwilę potrwało, zanim dotarłem do pierwszych ep-ek/płyt My Dying Bride i Anathemy, jeszcze dłużej – aż „Lost Paradise” ujawnił mi się jako coś więcej niż nudny, półamatorski glut. Dziś stołuję się w tym barze nie za często, ale chętnie. Posiłków nie zamawiam jednak u odgrzewających śmierdzące kotlety Paradise Lost, ani u Anathemy, których kluski są mdłe i rozgotowane, ani u My Dying Bride, serwujących rosół słony od łez. Kuchtą, który proponuje mi świeże danie ze starego przepisu jest na przykład amerykański Rotting Kingdom.

Debiutancka ep-ka Amerykanów jest muzycznie błyskotliwa niemal jak ich nazwa. Nie ma w tym materiale nic radykalnego poza przywiązaniem do tradycji, potencjał komercyjny jest niewielki, raczej nie będzie z tego sensacyjki dla amatorów wyszukiwania metalowych zespołów i wrzucania ich w świat tzw. niezalu. Te trzy długie utwory są po prostu doom/death metalem starej szkoły brytyjskiej z akcentami fińskimi, a kumaci już wiedzą o co chodzi. Nie ma na „Rotting Kingdom” ostentacyjnego ciężaru np. Necro Schizma, nie ma też gotyków-symfoników, jest za to chmurna melancholia i deathmetalowy charakter doskonale znany z „Symphonaire Infernus et Spera Empyrium”, „As The Flower Withers”, „Serenades”, „Crestfallen” czy „The Second Ring of Power”. Growl, wolne/średnie tempa, proste riffy, melodyjne, „mackintoshowate” leady, patos – Rotting Kingdom ma wszystko, co dziś w takiej konfiguracji uchodzi przeważnie za przestarzałe i naiwne w porównaniu do radykalnych form funeral doom’u, sludge’u, etc. W pewnym sensie rzeczywiście tak jest, bo tak muzyka, jak konwencja westernu z „Bruneta Wieczorową Porą”, przeżyła samą siebie. I ok, bo Rotting Kingdom nie stara się być współczesny, a ja nie uważam, że powinien.RK

Nie będę czarować, że „Rotting Kingdom” to płyta na poziomie pierwszych albumów ojców założycieli z Albionu. Nie jest to też muzyka skierowana do tych, którym doom kojarzy się z gotycką ornamentyką i czarną mewą płaczącą deszczem łez. Zaimpregnowany na nowoczesność i wędrujący udeptanymi szlakami, Rotting Kingdom wie, że od nowoczesności są inne zespoły, a tą utartą ścieżką ostatnio jakby mało turystów podąża… Pewnie mój entuzjazm jest nieco na wyrost, a z pewnością podbija go specyficzny urok naiwnych, pełnych duszy korzeni doom/death metalu i kontekst współczesności, w której mało kto do nich sięga. Tak czy owak, cieszy mnie ta ep-ka bardzo.

Bartosz Cieślak

Pięć