RITO – s/t (Nasiono)

Nieco spóźniona pocztówka z Trójmiasta czyli kolejne meandry improwizacji, ambientu i medytacyjnych szlaków. W dodatku generowane przez prawdziwych fachowców. Bez dłużyzn i niepotrzebnych słów – przez wami Rito.

Wspominałem o fachowcach – skład zespołu jest iście gwiazdorski. I zaskakujący, bo mamy tu aż trzech perkusistów – Michał Gos znany z wielu projektów, że o Lonker See tylko wspomnę, Jacek Stromski (pamiętacie Aptekę czy Kury?) i Kuba Staruszkiewicz, znany z tysiąca wcieleń (chociażby Miłość czy Pink Freud) – oraz Piotr Pawlak, gitarzysta, który ze swoim Łoskotem był jednym z animatorów yassu. Trzeba przyznać, że ten zestaw muzyków może pobudzać wyobraźnię. Ale też rodzić obawy, czy artyści z takim doświadczeniem i umiejętnościami nie „zagadają” płyty. I tu pierwsze zaskoczenie, bo to bardzo oszczędny, wycofany materiał i jeśli ktoś spodziewa się ognistych improwizacji, będzie zawiedziony. Równie stonowana jest strona rytmiczna, bo i tu można się było spodziewać gęstych wariacji. Nic z tego. Czterech wirtuozów zachowuje godny podziwu spokój i pokerowe twarze. I ta tajemnicza, pobudzająca wyobraźnię zwięzłość jest tu najbardziej pociągająca.RITO live

Materiał to zapis koncertu, choć w zasadzie gdyby nie opis, wcale bym tego nie zauważył. Dzięki temu, wiadomo, że to co się dzieje na płycie jest bardzo naturalnym lotem, bez nakładek, edycyjnych oszustw i jednocześnie dziełem w 100% improwizowanym, choć lepszym określeniem byłoby słowo „namalowanym”, bo głównym budulcem jest tu przestrzeń, powłóczyste, stonowane dźwięki, meandrujące gdzieś po obrzeżach percepcji. Fajne jest to, że nikt tu nikomu nie krzyżuje szyków, muzycy doskonale współpracują, uważnie się słuchając, przez co powstaje pełna napięcia narracja. Mała ilość dźwięków nie oznacza jednak ubóstwa. Trzeba oddać się tej płycie, zapomnieć o świecie, wtedy szybko odnajdziemy całe bogactwo materiału. W zasadzie jedynym momentem gdzie dzieje się więcej, jest nieco bardziej nerwowy „Gos” będący popisem wiadomo kogo. Reszta to ubarwione ambientującą elektroniką tripy, transowe, zapętlone pochody, gdzie oddajemy się głównie kontemplacji świetnych brzmień. W pewnym sensie pomysł jest podobny do Lotto – pozwalamy wybrzmieć instrumentom i zostawiamy na wszystko dużo miejsca. W sumie to ponad 60 minut nieskrępowanej i w jakiś sposób dystyngowanej zabawy. Chcę koncertu!!

Arek Lerch

Pięć i pół