RINGWORM – Hammer of the Witch (Relapse Records)

Ich nazwa znaczy mniej – więcej: grzybica skóry i nie chcę wiedzieć w jakich warunkach powstała, albo co ich skłoniło do takiego pomysłu, może zwyczajnie któremuś z nich zapomniało się na kolonii założyć klapek pod prysznic. Razem z pierwszym śniegiem i prawdziwym mrozem, pojawiła się równie dająca się we znaki – póki co w formie elektronicznej – płyta legendarnych już szatanowców z Ringworm. Amerykańska mieścina Cleveland, z której pochodzą, dorobiła się nawet miana charakterystycznego podchodzącego pod heavy metal stylu, zwanego w scenie – Clevo Hardcore. Nowy placek „Hammer Of The Witch”, nie przynosi żadnych zamierzonych zmian stylistycznych, jeśli już mówimy o tej hordzie, a opakowaniem i wytłoczeniem tego jeszcze gorącego gówna, zajmą się tym razem ludzie z Relapse Records. Wow!

Kto by pomyślał, ale od jakiegoś czasu odczuwałem pewien zgrzyt, że w dalszym ciągu, kultowa przed laty wytwórnia Victory wypuszczała w świat kolejne albumy tych borowych dziadów. Pasowali tam jak świni siodło, obok tych wszystkich wymuskanych i wydziabanych od stóp do głów gówniarzy, grających metal dla dziewczyn; sorry, tak jawi mi się zdecydowana większość nowych zespolików promowanych przez Victory, znajdujących odbiór wsród młodzieży licealnej z USA i okolic, dlatego też niepohamowanie cieszę się z ich debiutu w Relapse. Dobra, należałoby powiedzieć parę słów o tej płycie, świeżej jak śnieg leżący do niedawna na na chodniku, zanim ktoś go zadepcze, posypie piaskiem z solą, albo obsika pies. Do rzeczy. „Młotek” uderza z miejsca swoim ciężarem, ale w ucho wpada mega flow i groove, jaki posiadają te numery. Panowie są naprawdę dobrzy w te klocki, potrafią rozwinąć zawrotną predkość, ale i przystopować bez pisku opon, żeby zaraz znowu wrzucić piąty bieg. Klasa. Są im starsi, tym lepsi, nic tam się nie zmienia od lat i jeśli w przypadku niektórych kapel z tego kręgu, ba, nawet byłego labela, kolejne wydawnictwa są nudne jak flaki z olejem, Ringworm potrafią wyjść z tego z twarzą, i to z twarzą zarośniętą gęstą brodą, z podbitym okiem i brakiem w uzębieniu, bo taki właśnie klimat tworzą. Jest tam przede wszystkim hardcore, metal, brutal, pioruńska szybkość, a wszystko ze szczyptą przebojowości i tego należy się trzymać. Okładka to także sam mrok, w sensie: piekło, diabły, labirynty, pentagramy, rogi i inne nieprzyjemności, czyli wszystko jest w porządku.

Bardzo dobrze rozpoczynam 2014 rok z czymś takim jak „Hammer Of The Witch”. Nie dość, że ostatnio nie miałem czego słuchać, ani tym bardziej o czym pisać, a tu proszę, album rozgrzewa równie dobrze, jak whiskey wlewana prosto do gardła z piersiówki na kilkunastostopniowym mrozie. Żywiołowość tego 13-sto strzałowego materiału naprawdę zaskakuje, nie da się wysiedzieć przy tym w miejscu. Jeśli nawet skłaniam się w ostatnich paru latach bardziej w kierunku metalowego grania, czego i tu nie brakuje, ten album ma jednak długi, punkowy, posiadający gustowną wartwę brudu pazur i skopie tyłki nie tylko starym hardcore’owcom, w dalszym ciągu nazywającym siebie „dzieciakami”. Uszanowanko.

Sam Tromsa

Pięć