RIFLE  – Til Death (Craneo Negro)

W Szwecji można cisnąć na oślep kamieniem i trafi się w jakiś zespół. I to nie w wyrobnika z lokalnego MDK-u, uaktywniającego się raz do roku przy okazji tubylczych juwenaliów, a w całkiem rasowy – excusez-moi – produkt. Weźmy choćby takie Rifle, które ze swoim pierwszym longiem wyskakuje niczym diabeł z pudełka.

Ok, ta sztokholmska ekipa działa od pięciu lat, w trakcie których zdążyła popełnić kompaktową ep-kę, ale nie będę ściemniał, że należę do jednego z pięćdziesięciu posiadaczy tejże. Rzut oka na skład – brak renomowanych nazwisk. Najmniej anonimowy jest perkusista, do niedawna bębniący w blackmetalowym IXXI, ale cała reszta z twarzy podobna zupełnie do nikogo. Z drugiej strony, żadne z nich młodziki, a jedyną wskazówką co do uprawianych dźwięków mogą być gustowne pasy z taśm do cekaemu.

No i w dychę, bo muzyka okazuje się godna rusznikarskiej nazwy. „’Til Death” kosi równo z ziemią wybuchowym roztworem speed metalu, d-beatu i NWOBHM w najbardziej bazowym wydaniu. Do tego Motörhead, bardzo dużo Motörhead… Pozornie sporo chaosu, brudu i  koślawości, ale klasę zespołu słychać w tym, jak w swoje proste jak konstrukcja cepa piosnki potrafi wtłoczyć stylistyczne akrobacje i wciąż zachować niesamowity impet i energię.1374100_477135439051192_405295248_n

W „Black Magic Haze” pojawia się zatem odrobina demonicznych, occult-rockowych nastrojów, wstęp do „Hellhole Blues” to ajuści zatęchłe bluesisko, a w siarczystych riffach odzywa się echo deathmetalowej szwedzizny. Cały czas jednak muzyka uderza prostotą – rock’n’rollowy prymityw „Sketelton Dance” to jakby zapomniany szlagier Chucka Berry’ego na turbodoładowaniu, a po wyłączeniu przesterów i dokupieniu kontrabasu „Rock’n’Roll Disease” przemieniłoby się w czystej wody rockabilly. Nic dziwnego, że czterominutowe „Gory Morning Glory” ze swoim cięższym o dodatkowe kilogramy brzmieniem urasta w tym zestawie do rangi prawdziwego kolosa.

Rifle nie wyważa żadnych drzwi, ale – podobnie jak jego ziomkowie ze sztokholmskiego podwórka w rodzaju Iron Lamb czy Armory – dostarcza dobrego podkładu do walki po pokoju i darcia ryja. Do tego ostatniego zagrzewa zresztą wydzierający się na pełnym gardle wokalista o ksywce Bandana oraz gromkie chóry w wykonaniu całego bandu.

Całkiem celny ten Karabin. Bang, bang, you’re dead!

Sebastian Rerak

Cztery