RIDE – Weather Diaries (Wichita Recordings/PIAS)

O powrocie shoegaze trąbię już od jakiegoś czasu, sam nie widząc czy to ma sens, czy może już wszyscy uśmiercili ponownie ten nurt a ja jak zwykle jestem spóźniony. Choć może jednak nie – przecież mamy wysyp starych i nowych płyt z tego nurtu, które pokazują, że ta muzyka nadal brzmi świeżo i nadal można ją odczytać na nowo. Tym razem udowadnia to jeden z prekursorów, powstała do życia po błogim letargu grupa Ride.

A mogło wcale tak dobrze się nie skończyć. Przecież znamy parę przykładów, kiedy starzy muzycy się po prostu pogubili. Ride nawet w czasach świetności nie miał łatwo – po ikonicznym dla gatunku albumie „Nowhere” trochę się zaplatał, sam nie wiedząc, czy rozwijać swoją koncepcję czy flirtować z britpopem. I jako zdrajcy skończyli żywot, dlatego tym bardziej byłem ciekawy, do jakiego okresu swojej przeszłości postanowili nawiązać na poreaktywacyjnym albumie. I tu nastąpiło miłe zaskoczenie, bo nowa płyta powolutku, powolutku zaczęła wciągać i w końcu przekonałem się do niej całkowicie. Ale początki były dość trudne. Głównie dlatego, że pozornie zespół, zamiast opowiedzieć się po jakiejś stronie, złośliwie flirtuje z różnymi odcieniami brytyjskiego grania, kapryśnie nie deklarując niczego. Pozory jednak mylą.

RIDE Ovada Oxford Mark Gardener Andy Bell Loz Colbert Steve Queralt by Andrew Ogilvy Photography OX4

Bo im dłużej słuchałem tej płyty, tym bardziej pozorny misz-masz zaczął się układać w całkiem przyjemną, niejednoznaczną całość. Początek płyty jest zwodniczy – mamy do czynienia z typowym, wyspiarskim indie (chociażby „Charm Assault” czy „All I Want”). Nie przeczę, bardzo dobrym, ale jednak nie tego chyba po Ride oczekiwaliśmy. Im dalej w las, tym lepiej się robiło; powoli wszystko układało się w zgrabną, podaną z doświadczeniem starych wyjadaczy całość. Zróżnicowanie okazało się być dla tej płyty zbawienne. Bo choć dużo tu szugejzowego rozedrgania, to właśnie te w pierwszej chwili nieprzystające i budzące opór piosenki stają się dla albumu klapą bezpieczeństwa. Słucha się tego przednio, odpoczywając przy skocznych tematach, takich jak chociażby złośliwa kpina z TJAMC w „Lateral Alice”, by zaraz zatopić się w szumach i pogłosach przywołujących najlepsze momenty szugejzowej rewolucji. Wszystko spaja doskonałe brzmienie, pięknie miksujące gitarowy zgiełk z elektroniką, cały czas zachowując równowagę między psychodelią a zwykłą, rockową wibracją. I tu dochodzimy do momentów szczytowania – kawałek tytułowy, dream popowy „White Sands”, rozmarzony „Impermanence” czy nawiązujący do tych bardziej hałaśliwych  odłamów szugejza „Cali”. Na osobne rozważania zasługuje przebojowy temat „Rocket Silver Symphony”, który od razu kieruje myśli w stronę największego przeboju The Verve. Jakieś nawiązanie? Sam nie wiem, ale numer jest świetny, kłaniający się britpopowym latom 90.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ride z pozornego chaosu tka nowoczesną płytę, która nie wstydzi się przeszłości, miesza style, łacząc je w spójną, wciągającą opowieść. Zaczynałem od sceptycznie ostrożnego kontaktu, dzisiaj kupuję płytę i uznaję za kolejny obok Slowdive, Suede czy Blur, doskonały i w pełni udany powrót do świata żywych. Problemem pozostaje pytanie – co dalej, panowie…

Arek Lerch

Pięć i pół