REDEMPTOR – Arthaneum (Selfmadegod)

„Arthaneum” to trzecia długogrająca pozycja w dyskografii krakowskich death metalowców z Redemptor, co – biorąc pod uwagę ponad 15-letnią egzystencję – imponującego wrażenia nie robi. Niemniej jednak w żadnym wypadku nie mają się czego wstydzić, bo na każdej z płyt trzymają równy, solidny poziom, który może i nie plasuje ich w światowej ekstraklasie technicznego deathu, ale pozwolił na wyrobienie sobie pozycji na tyle dobrej, że kontrakt z nimi podpisał Selfmadegod Records. Czy zatem nowy album będzie dla Redemptor punktem zwrotnym? Czas pokaże, ale z całą pewnością mogę powtórzyć to, co przy okazji premier poprzednich albumów pisali recenzenci: to najlepszy krążek w ich dotychczasowej karierze.

Podpisanie kontraktu z Selfmadegod to na pewno nadzieja na większy rozgłos, więcej koncertów i zaistnienie w szerszej świadomości undergroundowych odbiorców. Pomimo dwóch bardzo udanych krążków oraz świetnej ep-ki, Redemptor nie doczekał się w naszym kraju specjalnej popularności. Ot, solidna kapela, ale raczej nie wypełni po brzegi klubów w całej Polsce. Przyczyn jest kilka: na pewno nie pomaga tak rzadkie wydawanie płyt, ale i gatunek, w którym krakowianie się poruszają najlepsze lata ma już za sobą.

„Arthaneum” poraża potężnym brzmieniem – jest nowoczesne, bardzo klarowne: doskonale słychać pracę każdego instrumentu, a przy tym nie traci nic na dynamice, ani ciężarze. Tak więc, hej, wielbiciele piwnicznych wyziewów – to nie jest płyta dla was. To w ogóle jest krążek, który może spodobać się osobom, które totalnie w takich klimatach nie siedzą. Jest tu wszystkiego po trochu, w odpowiednich proporcjach. Nieco technicznej ekwilibrystyki, nieco napierdolu, kilka genialnych riffów, trochę bardziej przestrzennych momentów i wpadające w ucho fragmenty. Bardzo przystępnie, ale nie zachowawczo. 2017-RR-press kit-2+5mm bleed_preview

Skojarzenia są oczywiste: słychać tu Immolation, słychać Morbid Angel, ale też Gojirę – powiedziałbym nawet, że Francuzów jest na „Arthaneum” więcej niż na poprzednich płytach. To łączy się ze wspomnianą przeze mnie w poprzednim akapicie przystępnością. Wystarczy posłuchać otwierającego płytę „Eminence Grise”, żeby przekonać się o czym mówię. Poza tym jest to najmniej „techniczna” pozycja w dorobku Redemptor. Tym razem nacisk położono na klimat – iście apokaliptyczny – oraz potężne, ciężkie brzmienie. W porównaniu do poprzedniczek mniej tu skomplikowanych solówek i innych takich wygibasów. Bardzo podobają mi się te krótkie, hendrixowe nieco wstawki – vide: końcówka „Cremation Of Care” – szczególnie w zestawieniu z następujących po nich potężnych riffach. Podobne połączenie melancholii z apokalipsą mamy w zamykającym album „Departure”. Moim zdaniem jest to najlepszy numer na płycie.

Rok 2018 już za nami, ale tej płycie naprawdę warto dać szansę, bo zasługuje ona na większy rozgłos. Niestety, jedyne zestawienia w jakich się pojawiała to te z rodzaju „najlepsze niedoceniane” albo „krążki, które mogłeś przegapić”. Cóż, zdecydowanie nie powinniście przegapić „Arthaneum”.

Paweł Drabarek

Pięć