RED SCALP – Lost Ghosts

Red Scalp nie przestaje zadziwiać. Chociaż zapewne powinienem oczekiwać nieoczekiwanego – wszak debiuty tak kompletne, jak „Rituals”, nie są sprawą codzienną – wypatrywałem tego debiutu kontynuacji, szlifowania pewnych idei i rozwijania motywów, które tak dobrze sprawdziły się na poprzedniczce. „Lost Ghosts” to jednak wędrówki po zupełnie nowych terytoriach. Świadectwo ewolucji graniczącej z rewolucją.

Rok temu pisałem o „Rituals” jako płycie przychodzącej trochę znikąd i z miejsca rozstawiającej po kątach całe to rodzime – jakże przecież obyte – towarzystwo. Ujęły mnie dwie sprawy: po pierwsze, jankeski luz, niewymuszony i bezpretensjonalny. Coś, czego w stonerze stąd wcześniej nie grali. Po drugie – i to sprawa chyba nawet istotniejsza – płyta  ta malowała wizerunek RS jako grupy zupełnie „własnej”, niestanowiącej wcale „polskiej odpowiedzi na”. „Lost Ghosts”, chociaż jest krążkiem zupełnie odmiennym, nie narusza tej ważnej równowagi: wciąż słychać w tej muzyce luz i swobodę, a nowe podróże gwarantują kapeli nawet większą niepodległość. Jest więc inaczej, lecz zupełnie tak samo… Tak samo dobrze.

I o różnicach słów kilka. Obecność swoistej mieszanki stoner/doom i rock’n’rolla pozostaje sprawą niezaprzeczalną, lecz tym razem wspomniane elementy stanowią zaledwie szkielet, który w ryzach trzyma (albo usiłuje trzymać) wszystkie szaleństwa wyprawiające się na tej płycie. Szaleństwa to chociażby saksofony, floydowe tchnienia, kwasowo – kosmiczne odloty… Zalążki tego wszystkiego wyłapywałem już w czerwcu, kiedy to Red Scalp supportował Clutch w Katowicach. Było pięknie i pozostawała samotna w zasadzie niepewność: czy na nowej płycie panowie znajdą złoty środek? Czy saksofon i odloty spotkają się z unormowanym wcześniej brzmieniem gdzieś pośrodku drogi, czyniąc ten nowy początek płynnym i bezbolesnym? Otóż… tak właśnie się stało. Chociaż można zżymać się, że np. saksofonu mogłoby być więcej, trzeźwe oko dostrzeże na „Lost Ghosts” jakże potrzebne umiar i smak.Band

Jest tutaj bowiem miejsce i na znane z „Rituals” charakterystyczne, mantryczne riffowanie, i na przebojowość, i na długie minuty odjazdów. Z zadymionych dolnych warstw atmosfery przenosimy się wtedy gdzieś naprawdę wysoko, a prym wiedzie saksofon wymieszany z dźwiękami organów. Najpiękniejsze loty to niewątpliwie dalsza część numeru tytułowego oraz „Mantra Bufala”. To rzeczy niemożliwie wręcz dobre, a przy tym – bardzo bogate w emocje, które to stonerowcy zwykli skrzętnie chować pod maską z gruzu. Tutaj nie ma wstydu, tutaj wszystko jest na swoim miejscu – w tym sensie, że jakiegokolwiek środka muzycy by się nie chwycili, wyszliby ze zmagań obronną ręką. Zdaje się, że ten tygiel przyjmie wszystko, zachowując tego „wszystkiego” oryginalny charakter, a jednocześnie – przybijając na nim własny, niepodrabialny stempel. To rzadki dar umieć przeprowadzać eksperymenty z tak wielką klasą. Saksofon to w muzyce stonerowej wciąż anomalia i rzadko uczęszczana ścieżka, a co za tym idzie – ryzyko. Na „Lost Ghosts” brzmi, jakby był w muzyce zespołu od zawsze. I… podobno Indianie przybyli z Kosmosu. Nie umiem kłócić się z tą tezą po lekturze „Lost Ghosts”. Naprawdę przybyli.

Adam Gościniak

Pięć